Recenzja do: DC's Legends of Tomorrow (2016 )
Recenzje

Co łączy królową Elżbietę z Ernestem Hemingwayem i Richardem Nixonem? Wszystkich zobaczycie w nowych odcinkach „DC’s Legends of Tomorrow”. Przygody wyrzutków z Arrowverse ponownie wróciły na małe ekrany. Finał poprzedniego sezonu rzucił większość widzów na kolana, głównie za sprawą przerośniętego pluszaka Beebo, jednocześnie zapowiadając większą ilość mroku i mistycyzmu w kolejnych odcinkach. Czy serial w demonicznej odsłonie dalej sprawia tyle frajdy co wcześniej? Sprawdziliśmy to dla was.

Swoją zeszłoroczną recenzję „DC’s Legends of Tomorrow” podsumowałem zdaniami „Serial niezmiennie bawi konwencją i ciekawym rozpisaniem postaci. Wręcz chciałoby się, aby pozostałe seriale z Arrowerse trzymały podobny poziom”. Czy jest tak nadal po obejrzeniu czwartego sezonu produkcji? Niewątpliwie tak, a wszystko za sprawą tego, że serial od dłuższego czasu jest bardzo samoświadomy. „DC’s Legends of Tomorrow” już dawno porzuciło patetyczny styl Arrowverse na rzecz absurdalnego humoru i szalonego komediowego szlifu. To właśnie niedorzeczności i traktowanie siebie samego z dystansu jest tym, czego serialowi było brak chociażby w premierowej serii. 

Ray, John, Sara, Ava - DC's Legends of Tomorrow

Tęczowy wstęp

Pokonanie Mallusa w trzecim sezonie wiązało się również z otwarciem świata na nowego zagrożenia. Czy Legendy robią sobie coś z tego? Nie i nikt w zasadzie od nich tego nie oczekuje, jeśli zna ich charakter. Akcja premierowego odcinka czwartej serii rozgrywa się pięć miesięcy po wydarzeniach z poprzedniego sezonu, a widzom zaserwowano bez uprzedzenia obecność zespołu The Beatles na ekranie. Jeśli jednak ktoś chociaż przez chwilę żałował, że nie rozszerzono tego wątku, to dostaje on natychmiast okazję do zobaczenia… cudownego jednorożca spacerującego po terenie festiwalu Woodstock. Nie wydaje mi się, żeby jakikolwiek inny serial był w stanie przedstawić nam to mistyczne zwierzę w charakterze zagrożenia. Krwiożerczy jednorożec jest właśnie pierwszym absurdem tego sezonu, który daje nam do zrozumienia, że serial startuje z wysokiego C. To wszystko jest jednocześnie doprawione konfrontacją Gary’ego z bestią, a także odgryzieniem jego sutka, który okazał się jednym z najdziwniejszych przykładów strzelb Czechowa jaki w życiu widziałem. 

Ray albo Neron - DC's Legends of Tomorrow

Amaya, Charlie… czyli w zasadzie kto?

Serial pozbawiony ograniczeń czasowego continuum może pozwolić sobie na nietypowe rozwiązania, a „DC’s Legends of Tomorrow” swobodnie korzysta z tego prawa. Z tego właśnie powodu możemy oglądać ponownie na ekranie Maisie Richardson-Sellers, tym razem jednak nie w roli Vixen, ale jako zmiennokształtnej istoty. Wydaje mi się, że ta rola lepiej oddała umiejętności aktorskie Sellers, jednocześnie umożliwiając fanom zobaczenie ponownie znajomej twarzy. Charlie jako postać jest również bardzo dobrze przygotowana, od pierwszego spotkania aż po finał. Krwiożerczy jednorożec i zmiennokształna przybierająca formę starej znajomej, są dopiero zalążkiem tego co scenarzyści przygotowali dla fanów serialu w tym roku. 

Charlie jako Dancing Queen ABBA

Zbędna kreacja

Niestety nie mogę powiedzieć, że wszystko bezkrytycznie podobało mi się w tym sezonie. Największą wadą najnowszej serii przygód Legend jest niewątpliwie postać Mony Wu, która jest bardzo irytującą bohaterką, której nie pomaga wcale dodatkowe alter-ego. Mona mogłaby sprawdzić się całkiem dobrze w roli dziewczyny, która sklei z powrotem złamane serce Gary’ego, nie przekonuje mnie jednak jako członek załogi. Wieczne wzdychanie do zmarłego Konane wcale nie poprawia jej notowań, tak samo jak jej naiwność i samolubność.

Mona i Konane

Pary lepsze i gorsze

Muszę natomiast pochwalić większość pozostałych zażyłości w serialu. Zdecydowanie na plus jest relacja Zari i Nate’a, którzy dobrali się całkiem naturalnie, a w zasadzie mogę chyba przyznać, że w końcu postać Zari przypadła mi do gustu. Urocza jest również kobieta, którą stworzył dla siebie Rory, która prawdopodobnie pojawi się jeszcze nie raz w serialu. 

Nora i Tabitha - Dc's legends of tomorrow

Podobnie jak rok temu należy też powiedzieć, że w końcu w Arrowverse mamy do czynienia ze świetnie dobranym związkiem homoseksualnym, który nie jest ani płytki ani komiczny (tak, patrzę tu w stronę Curtisa Holta/Mr. Terrific z „Arrow”). Po finale sezonu kibicuję Sarze i Avie tak mocno jak Rayowi i Norze. 

Wisienka na torcie

Na koniec recenzji zostawiłem co,ś co sprawiało mi największą frajdę w trakcie obecnego sezonu – obecność Johna Constantine’a. Przez to, że Constantine nie jest do końca pewien, czy chce dołączyć do zespołu, otrzymuje on więcej czasu ekranowego, którego tak bardzo wyczekiwali fani jego własnego serialu. Jak sprawdza się Anglik w roli podróżnika w czasie? Nie do końca mamy możliwość zobaczenia jego umiejętności egzorcysty w akcji, a przynajmniej nie w takim stopniu jak w serialu NBC. To jednak nie psuje wrażenia, że John jest chyba najbardziej charyzmatyczną postacią całego serialu, który po prostu skupia na sobie uwagę, ilekroć pojawi się na ekranie. Jego wyalienowanie i trzymanie się na uboczu grupy jest potęgowane też przez to, że niejednokrotnie podejmuje się zadań na własną rękę, jak chociażby gdy decyduje się uratować duszę Raya, skacząc prosto do piekła. 

John Constantine, Tabitha, Sara, Rory, Nate

To właśnie odcinki, gdzie on ma najwięcej do powiedzenia, wypadły moim zdaniem najciekawiej, z odcinkami siódmym i ósmym na czele.  Chociaż przez bardzo długi czas Constantine nie wraca myślami do Astry, którą poznaliśmy w jego własnym serialu, a skupia się na Desmondzie, są to odcinki, które napędza chęć Constantine’a do naprawienia zła, czyli coś, co jest chyba najistotniejsze w tej postaci. Jakkolwiek sam John by siebie nienawidził i nie zależałoby mu na samym sobie, zawsze dąży do tego by naprawić szkody, jakie poczynił w życiu innych, aby ochronić ich od wiecznego potępienia.

Duża rodzina indywidualistów

Wygląda na to, że scenarzyści odpowiedzialni za „DC’s Legends of Tomorrow” są w stanie poradzić sobie bardzo dobrze z zarysowaniem każdej postaci, pomimo mniejszej ilości odcinków niż pozostałe seriale wchodzące w skład Arrowverse (16 vs 22-23). Ekipa Waveridera poszerza się z sezonu na sezon, a po czwartym sezonie mam wrażenie, że twórcy postarali się o to, by popchnąć każdego bohatera do przodu. Ray ma okazję zaznać prawdziwej miłości po raz pierwszy od śmierci żony, Rory zdobył się na to, by ujawnić się jako autor romansideł, a Nate miał możliwość pojednania z ojcem. Wygląda na to, że nawet pod sporą warstwą absurdów można skonstruować fabułę, która sprawia przyjemność fanom każdego z bohaterów tej specyficznej rodziny. 

Rory i jego milosc

Finał

Głównym zagrożeniem jest tym razem demon Neron, który jest starym „znajomym” Constantine’a. Nie jest to jednak rywal, którego widzimy w każdym odcinku, a taki, który knuje w ukryciu. Nieobliczalny, podstępny demon przyjmujący twarze bliskich naszych bohaterów jest czymś odświeżającym i wypada korzystniej niż Mallus, który czaił się ze swoim prawdziwym obliczem aż do finału trzeciego sezonu. Mimo to nie jest ukazany jako tak groźny i bezwzględny jak mógłby być, dodatkowo komizmu dodaje mu chociażby związek z wiekową Tabithą, która przez ¾ sezonu paraduje po scenie w stroju wróżki z baśni Disneya. Nie jest to w żadnym stopniu wada, nie oczekujemy przecież  ukazania realnego zagrożenia w serialu, w którym wychudzony Gary przywdziewa kostium Flasha, a Minotaur pada po usłyszeniu kilku wersów piosenki country.   

Sara, Nate, Gary na Waveriderze

Co roku w maju z ust wielu fanów seriali o superbohaterach pada jedno pytanie: który serial z Arrowverse był w tym roku najlepszy? Tym razem nie wydaje mi się, żeby ktoś musiał się dwa razy zastanawiać. Legendy Jutra przebiły poziom absurdów, które stosowali oni sami rok temu. W dalszym ciągu jest to serial, który ogląda się z niesłabnącą przyjemnością i bez ziewnięcia. Owszem, jest głupawy i wasi rodzice prawdopodobnie zapytają czemu oglądacie coś tak… karykaturalnego. Wydaje mi się, że muszą sobie na to odpowiedzieć sami, po zmierzeniu się z ostatnimi dwoma sezonami i po przytuleniu do serca tej wesołej gromadki. Załoga Waveridera po raz kolejny jechała bez najmniejszych oporów do przodu. Przyznam, że czekam na to, co w nadchodzącym sezonie zgotuje naszym Legendom Astra. 
 

Gra aktorska
9
Zdjęcia
8
Muzyka
8
Scenariusz
8
Waverider leci bardzo stabilnie i nie natrafił na większe turbulencje. Obecność pogromcy demonów na pokładzie wpłynęła korzystnie na tor lotu. Oby tak dalej!
Ocena czytelników
7.5

Plusy

  • Constantine,
  • powrót Nory,
  • rozwój postaci,
  • naprawienie postaci Zari

Minusy

  • Mona,
  • późne "przypomnienie" postaci Astry

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Recenzje