Recenzja do: There's... Johnny (2017 )
Recenzje

„The Tonight Show”, produkowany od 1954 roku przez stację NBC, to ogromna część amerykańskiej kultury popularnej. Gospodarzem tego kultowego talk show był niegdyś Jay Leno, a obecnie możemy podziwiać w tej roli znakomitego Jimmy'ego Fallona. Jednak to bardziej odległym czasom, w których na ekranie królował niezastąpiony pierwszy gospodarz, Johnny Carson, poświęcony jest nowy serial platformy Hulu. Produkcja została udostępniona w całości (siedem odcinków) w piątek 17 listopada, choć w Polsce niestety nie jest na razie dostępna za pośrednictwem żadnej stacji telewizyjnej czy platformy internetowej, zatem legalnie oglądają tylko szczęściarze mający Hulu.

Zapowiadało się lekko i zabawnie

Pierwszy odcinek, który robi naprawdę dobre wrażenie precyzyjnie skonstruowanej, idealnie wyważonej, dynamicznej maszynki komediowej, nosi znamienny tytuł „Andy Goes to Hollywood”. Andy Klavin (Ian Nelson) jest dziewiętnastoletnim chłopakiem z Nebraski, który w 1972 roku, z czystej chęci uszczęśliwienia rodziców, śle do „The Tonight Show” prośbę o autograf Johnny'ego Carsona. Na skutek komicznej pomyłki swoją odpowiedź na list naiwny dzieciak bierze za ofertę pracy i nie myśląc długo, pakuje się i rusza ku wielkiej przygodzie. Po rozczarowaniu faktem, że jednak praca tu na niego nie czeka, uroczemu Andy'emu, który ma niesamowity talent do wywoływania w ludziach pozytywnych emocji, udaje się zaczepić przy produkcji programu. Wraz z Andym poznajemy kulisy wielkiej machiny produkcyjnej ukochanego show Ameryki, a także sztab ludzi (często niedocenianych), odpowiedzialnych za olbrzymi sukces codziennych występów pana Carsona. Mówiąc wprost, przygody poczciwego chłopaka z Nebraski to pretekst do tego, by złożyć hołd niesamowitemu fenomenowi „The Tonight Show”, od dekad wyznaczającego standardy dobrej telewizyjnej rozrywki.

Choć pierwszy odcinek utrzymany jest w lekkim tonie, to nie dajmy się zwieść pozorom, gdyż z każdym kolejnym epizodem robi się z tego serialu całkiem poważna rozrywka. Twórcy opowiadają bowiem nie tylko o konkretnej produkcji stacji NBC, ale także o całym kontekście, czyli o tym, jak wyglądała Ameryka w roku 1972, a wbrew polskiemu tytułowi innej serii o tych czasach, czyli „That '70s Show”, nie było wcale różowo.

Rasizm, seksizm, narkomania

Komizm całego serialu zasadza się na kilku filarach. Po pierwsze, śmieszy to jak naiwna poczciwina z prowincji, czyli nasz Andy zostaje przez przypadek zatrudniony i musi ponosić tego konsekwencje. Po drugie, bawi to, że aż do ostatniego odcinka nie wiemy, na czym tak naprawdę ma polegać jego praca (nie wie tego też on sam, ani nikt inny w zatrudniającej go stacji). Przez całą serię jest takim chłopcem do wszystkiego: raz kurierem, raz statystą, raz psią nianią, co daje nam możliwość zwiedzenia różnych zakulisowych zakątków i poznania całej ekipy. Po trzecie wreszcie, ani przez moment nie widzimy twarzy najważniejszej, centralnej postaci tego telewizyjnego uniwersum, czyli samego Johnny'ego Carsona. Czasem słychać jego głos lub widać kawałek ręki, ale twarz podziwiać możemy jedynie wtedy, gdy w telewizorach lub ekranach kamery puszczone zostają archiwalne nagrania z prawdziwego „The Tonight Show”. Jestem pewna, że wielu widzów doceni ten pomysłowy zabieg, który działa na całość bardzo odświeżająco, ponadto z pewnością nieraz już zmusił scenarzystów i operatorów do wysilenia swej kreatywności.

„There's... Johnny” jest produkcją komediową, a często wręcz komedią romantyczną, ale jak wspomniałam, nie brakuje tu cięższych, smutniejszych tonów. Na wizji, w żartach i wywiadach pana Carsona przebijają się głównie tematy polityczne, takie jak wybory, czy tocząca się wojna w Wietnamie. Za kulisami, w prawdziwym życiu, można poczuć, jak te sprawy wpływają na szarych obywateli. Choć zdarzają się bardzo zabawne sytuacje, bohaterowie tego serialu do najszczęśliwszych nie należą. Pracująca przy produkcji programu Joy (Jane Levy) jest wbrew swemu imieniu dość nieszczęśliwą młodą kobietą, uzależnioną od destrukcyjnego seksu i pocieszającą się narkotykami, która w dodatku ma całkiem poważne problemy z rodzicami. Do tego jest ofiarą seksistowskich żartów, zarabiającą połowę tego, co jej koledzy na tych samych stanowiskach. Jedyny przyjaciel Andy'ego to z kolei przykład na to, jak w rasistowskim społeczeństwie trudno jest się wybić czarnoskóremu komikowi. Rozumiemy jego frustrację, gdy w rocznicowym show we wspominkowym wystąpieniu na kanapie w studiu siadają sami starsi biali mężczyźni. To nie były dobre czasy dla kobiet, kolorowych i homoseksualistów, o czym sami możecie się przekonać, poświęcając trzy godziny na obejrzenie tej krótkiej serii. Nawet Andy, tak pełen nadziei i optymizmu, ma się czym martwić, gdyż jego brat walczy w Wietnamie. Jednym słowem, każdy z pozoru lekki i zabawny odcinek o intrygującym tytule („Dog Day Afternoon”, „Owed to Joy” i mój ulubiony „Take Me to Church”) porusza jakiś istotny problem społeczny, nad którym warto się pochylić.

Pod względem technicznym i artystycznym nie mam tej produkcji Hulu niczego do zarzucenia. Jest dobry klimat, doskonałe tempo i świetna muzyka, podkreślająca magię srebrnego ekranu. Przede wszystkim jednak są znakomicie dobrani aktorzy, którym zgrabnie napisane dialogi pozwalają na pokazanie sporego talentu. Cały drugi plan składa się z charakternych i łatwych do zapamiętania twarzy, ale tym, co robi największe wrażenie, jest oczywiście chemia między parą Jane Levy i Ian Nelson, która promieniuje na widza ciepłym blaskiem i naprawdę urzeka. On ma klasyczne rysy filmowego amanta, uśmiech gwiazdy reklam pasty do zębów i oczy małego szczeniaka, dzięki czemu z pewnością nie musi się bać o angaż do kolejnych produkcji. Ona za to jest zadziorna i bardzo kobieca, o twarzy mówiącej, że oprócz ładnego wyglądu ma jeszcze coś do powiedzenia. Mnie Jane Levy, z wdziękiem obnosząca te wszystkie wzorzyste poliestry, przypomina połączenie Emmy Stone i Reese Witherspoon, które uważam za bardzo udane.

Jeśli szukacie ciekawego serialu, który nie tylko was rozbawi, ale też opowie coś ważnego o ukazywanej dekadzie, a także interesująco zademonstruje mechanizmy rządzące przemysłem filmowym i telewizyjnym (także dziś), to serdecznie zachęcam do obejrzenia „There's... Johnny”, kiedy tylko będziecie mieli okazję.

Gra aktorska
7
Zdjęcia
7
Muzyka
7
Scenariusz
7
Serial jest zarówno dobrą komediową rozrywką, jak i wypowiedzią na bardzo poważne tematy. To hołd złożony kultowemu talk show, trwającemu całe dekady, choć jego produkcję ukazano także od ciemniejszej strony. Warto oglądać także ze względu na niesamowicie sympatyczną parę głównych bohaterów. Premiera całego sezonu 17 listopada na Hulu.
Ocena czytelników
7

Plusy

  • Dialogi
  • Kostiumy i scenografia
  • Oryginalna, świeża forma

Minusy

  • Za mało odcinków

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

There's... Johnny

Jest rok 1972. Andy Klavin, 19-letni chłopak z Nebraski, zaczyna pracować przy produkcji programu „The Tonight Show Starring Johnny Carson”.