5
Recenzja do: Preacher (2016 )
Recenzje

Gdy emocje już opadły jak po wielkiej bitwie kurz, muszę przyznać, że śledzenie przygód Jessiego Custera, Tulip O’Hare i Cassidy’ego to była całkiem (nie)przyzwoita i szalona jazda. Z jednej strony przekraczanie granic brutalności i absurdu, których apogeum w sezonie czwartym bombardowało oczy i umysł. Z drugiej, w tym samym czasie, pokaźny ładunek emocjonalny połączony z refleksją na temat człowieczeństwa, społecznych konstruktów czy ludzkiej natury. Pożegnanie Kaznodziei to właśnie taki wybuchowy, zdecydowanie zbyt gorzki i jednocześnie skrajnie słodki koktajl, który chcesz wypić do ostatniej kropli, pomimo tego, że wywołuje mdłości. Taka mieszanka nie zaowocowała najlepszym w historii serii sezonem, niemniej jednak było to doświadczenie, które zostawiło po sobie ślad i zapadnie w pamięć na bardzo długo, o ile nie „till the end of the world”.

Adaptacja komiksu spod szyldu DC, a dokładniej Vertigo o takim samym tytule, wyprodukowana przez AMC, zadebiutowała na ekranach w połowie 2016 roku. Na rozpoczęcie emisji czekałem niecierpliwie od pierwszych zwiastunów, i boy, oh boy, oczekiwania zostały spełnione. Pomimo mozolnego początku i ciężkiego, gęstego klimatu (podobnego nie zniosłem w „American Gods”), który niewątpliwie urozmaicał, ale i utrudniał seans, dotarłem do sezonu trzeciego, a ten wynagrodził wszelkie cierpienia jakie „Preacher” zadał w trakcie podróży. Przedostatni sezon był majstersztykiem, istną wisienką na brudzie i plamach krwi. Na finałowy czekałem więc z ogromną ekscytacją, uważając go za najważniejszą serialową premierę drugiej połowy 2019 roku. Stąd bardzo osobisty charakter tekstu, w którym może odrobinę zabraknąć chłodnego i obiektywnego spojrzenia, za co z góry przepraszam. Przeczuwałem taki obrót wydarzeń jeszcze przed rozpoczęciem seansu, a ten z ciężarem betonowych butów utwierdził mnie w przekonaniu i stopniowo, z odcinka na odcinek, zacząłem tonąć w morzu chaosu.

Matematyka

Liczby nigdy nie kłamią i te są dla finałowych przygód Kaznodziei bezlitosne. Premierowy odcinek sezonu czwartego obejrzało w dniu premiery o ponad 200 tysięcy mniej widzów niż wynosiła średnia oglądalność poprzedniego. Tak samo wygląda wynik dla odcinka drugiego, po czym „Preacher” zaczął zaliczać tendencję spadkową. W najgorszym momencie przed telewizorami w niedzielny wieczór usiadło 450 tysięcy widzów, a było to w przypadku odcinka ósmego. W ostatnich dwóch epizodach wynik nieco się poprawił. Finał zanotował 506 tysięcy oglądających, ale jest to jednak i tak tylko połowa tego, na co mógł liczyć ostatni odcinek poprzedniej serii. Średnio wychodzi prawie 40-procentowy spadek oglądalności na cały sezon. Zahaczając o liczby bardziej „urojone”, których brać pod poważną analizę nie trzeba - na tomatometrze w serwisie Rotten Tomatoes sezon trzeci uzyskał 92 procent, a ostatni 75.

Wrażenia

Czy to oznacza, że seria była słaba? Nie do końca. Zdecydowanie była bardziej wymagająca dla widza, męcząca. To, co tak wyśmienicie udało się zbalansować ostatnim razem - absurd, gore, czarny humor, drobne zabawy konwencją czy konstruktami i przemycany, lekkostrawny, bo przyjmowany po części nieświadomie dzięki euforii powodowanej bodźcami audiowizualnymi, egzystencjalny przekaz - tym razem zostało podkręcone do granic możliwości. Tak jakby twórcy stwierdzili, że świetnym pomysłem byłoby upchać możliwie jak najwięcej akcji, bodźców i okropieństw w klatce na sekundę. - czym rozkochali publikę, tym teraz ją zabiją. Jest to niezaprzeczalnie ciekawy pomysł i część z tych rzeczy naprawdę się udała, jak na przykład scena walki w domu uciechy na Bliskim Wschodzie, która jest wyjątkowo komiksowa, współczucie i sympatia, które zaczynamy budować do Humperdoo razem z resztą bohaterów czy nieco żałośnie wyglądająca z początku bijatyka pomiędzy Jezusem Chrystusem, który zachowaniem przypomina raczej szesnastoletniego zbuntowanego hipisa niż mesjasza, a Adolfem Hitlerem, co ostatecznie przeradza się w morderczy szał. Przykładów jest naprawdę mnóstwo.

To wszystko wybornie wpisuje się w koncepcję, która urzekła podobnych mi zwyrodnialców, jednak częstotliwość z jaką pod koniec gwałcona jest nasza percepcja oraz jak dostajemy po twarzy mieszanką różnych, często skrajnych wrażeń, będąc symultanicznie przygniatani wszelkiego rodzaju rozterkami egzystencjalnymi bohaterów jest układem wybitnie ciężkostrawnym. Do tego mamy tu problem, z którym „Preacher” borykał się już wcześniej - na początku sezonu drugiego, co skutecznie przełamał w trzecim - czyli ślamazarne budowanie akcji od epizodu numer jeden, mało wyrazisty cliffhanger czy zakończenie pewnego istotnego etapu w ostatnim odcinku serii. W najnowszym przypadku dało to jeszcze więcej dialogów, więcej planów psychologicznych, których i tak tu sporo, no i oczywiście sceny obrzezania Cassidy’ego, a wcześniej całkowitą zmianę miejsca akcji i budowanie fabuły praktycznie od podstaw. Wcale nie dziwi mnie więc, że część mniej zapalonych widzów stwierdziła, że odpuści „ah shit, here we go again” i wywaliła czym prędzej spotkanie z kaznodzieją z niedzielnego rozkładu zajęć bądź przełożyła ten nie do końca przyjemny meeting na inny termin. Cholera, sam osobiście pomimo fali zachwytu, na której płynąłem przez miesiące oczekiwania na finałowy sezon, trafiłem na niemały opór w pierwszych dwóch czy trzech odcinkach. Drugi oglądałem prawdopodobnie na więcej rat niż oferuje Provident, a brak wolnego czasu i mijający deadline na wypociny, które masz przyjemność bądź nie czytać, spowodowały, że za jednym zamachem wchłonąłem pół sezonu. Później mamy tak naprawdę coraz większy rollercoaster, a właściwie lokomotywę jak z wiersza Tuwima, rozpędzającą się nieuchronnie, z jednym przystankiem na zacieśnienie relacji z obleśnie uroczym (jak przystało na tę produkcję) potomkiem Jezusa i nowym mesjaszem - Humperdoo. Zresztą był to epizod najgorzej przyjęty przez publikę, nie do końca rozumiem dlaczego.

Szczerze nie polecam dawkowania finałowych odcinków ostatnich przygód Custera w taki sposób (zrobiłem to za was, żebyście już nie musieli), bo nawiązując do samego początku tej plejady żali, wyrzutów i zachwytu, wynikającego z możliwie jak najbardziej wnikliwej analizy chaosu, czułem się jak po zderzeniu przy najwyższej możliwej prędkości z rzeczoną ww. lokomotywą... dwa razy. Deadline oczywiście minął, poprosiłem redakcję o jeden dzień zwłoki, jednocześnie siedząc na skraju łóżka zastanawiając się: o co im kurwa chodziło w tym sezonie? Z tego miejsca przepraszam was po raz drugi serialomaniacy za zwłokę z publikacją, ale naprawdę musiałem ochłonąć, choć nie do końca się udało, czego dowodem jest sam tekst.

Indywidualnie

Jeśli chodzi o odgrywane role, to w przypadku głównych bohaterów sprawa pozostaje niezmienna od samego początku serialu - Joseph Gilgun wcielający się w rolę Cassidy’ego to absolutny hit. Aktor świetnie gra śmiertelnie niebezpiecznego wampira, uzależnionego od używek, który jest jednocześnie wewnętrznie rozdartym zagubionym chłopcem. Najgorzej z szalonego trio wypada Ruth Negga jako Tulip O’Hare. Grana przez nią postać wydaje się być mocno przerysowana, momentami irytująca, tak jakby grała więcej niż trzeba, mało naturalnie. Być może życiowa partnerka Jessiego tak została skonstruowana w scenariuszu, a jako że nie sięgnąłem jeszcze do komiksów, nie mam porównania z pierwowzorem. Warto na pewno zwrócić uwagę na popis Tysona Rittera w podwójnej roli - Jezusa Chrystusa oraz Humperdoo. Szczególnie udało mu się wykreować tego drugiego, najbardziej niewinną i bezbronną postać w całym serialu, budzącą jednocześnie sympatię i odrobinę odrazy. Pośród jeszcze wielu ciekawych, dobrze zagranych postaci jak dzielący celę z Cassidym Serafin, fanatyczka z organizacji Grail, Lara Featherstone czy Święty od Morderców, wyróżniłbym Pipa Torrensa grającego Herr Starra. Perfekcyjnie wcielił się w rolę okrutnego i wyrachowanego przywódcę Graila.

Podsumowanie

„Preacher” to serial jedyny w swoim rodzaju, dziwny i niepokojący. Nie wiem na ile zamierzone były te sadystyczne niemal zabiegi zawarte w finałowym sezonie, ale wydaje się, że nie był to skutek uboczny próby powtórzenia tego, co miałem przyjemność oglądać w części trzeciej, a całkowicie nowy pomysł na zmiażdżenie widza. Przez, ujmując już delikatnie, zagęszczenie klimatu, ostatniej serii zabrakło polotu, błyskotliwości i smaku zawartych w poprzedniej. Zapewniło to jednak całkowicie nowe i jeszcze bardziej intensywne doznanie. Był to ciężki seans, ale przynoszący satysfakcję. Cieszę się, że Seth Rogen, Evan Goldber i Sam Caitlin nie wybrali łatwej drogi i postanowili przesunąć granicę absurdu jeszcze dalej, nawet jeśli poskutkowało to zawężeniem już i tak wąskiego i specyficznego grona odbiorców. Ja za Kaznodzieją stoję murem, pozostając wielkim fanem serialu, ale nie poleciłbym go jednak nikomu. Na takie wrażenia należy decydować się samemu, na własną odpowiedzialność.

Gra aktorska
8
Zdjęcia
8
Muzyka
9
Scenariusz
7
Jeszcze więcej Preachera w Preacherze. Jeszcze dalej przesunięta granica absurdu. To trzeba zobaczyć na własne oczy.
Ocena czytelników
7.5

Plusy

  • Klimat
  • Absurdalny czarny humor
  • Postacie

Minusy

  • Za dużo bodźców
  • Chaotyczny

Komentarze

(5)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Michał Ziaja
    Michał Ziaja
    @michax

    Realizacyjnie też jest ciekawie, sporo interesująco zrealizowanych scen, z pomysłem, np. kadry które wyglądają jak komiks scena z Bogiem i dinozaurami, choć w poprzednich sezonach też się czasami bawiono formą. Ogólnie scenariuszowo całość jest dobrze rozpisana i sporo fajnych dialogów jest, a nawet wątek wampira w depresji, który zaczynał męczyć w poprzedniej serii to tutaj jest lepiej rozpisany i nie przymula (może dlatego, że szybko się kończy). W 4 serii nie było odcinka, który by mi się nie spodobał. Nie ma wolnego tempa, od pierwszego odcinka jest szybkie tempo, ciągle się coś dzieje. Finał też daje radę, to dobry odcinek, jak pozostałe dziewięć w sezonie, choć chyba najsłabszy, ale też nie aż tak szalony jak poprzednie. A podsumowując cały serial to pomimo wielu wad o jakich wspominałem to muszę przyznać, że będzie mi brakować tej adaptacji komiksu Gartha Ennisa i Steve’a Dillona. Może nie była to idealna produkcja, ale całościowo dobrze się bawiłem, choć czasami przynudzał serial. Ale nie w ostatniej serii, bo na żadnym odcinku nie nudziłem się. Więc uważam za najlepszy sezon i dlatego postawie 7/10, bo to dobra robota.

  • Michał Ziaja
    Michał Ziaja
    @michax

    Jestem miło zaskoczony aktorstwem. Oczywiście Joseph Gilgun w roli wampira i Ruth Negga jako Tulip już w poprzednich seriach wypadali super. W finałowej serii mają kilka dobrych momentów aktorskich, jest kilka momentów subtelnych, spokojnych, gdy grają samą twarzą i pokazują emocje, bez dialogów, np. kapitalna scena z Tulip w barze, gdy patrzy jak przyjaciel czyta list, jak zagrała twarzą doskonale, wszystko widać co czuje. Zaskoczyło mnie to, bo nie spodziewałem się po tak szalonym i niegrzecznym serialu subtelnych momentów dzięki, którym nowy sezon wywołuje emocje. Lubię postacie od 1 serii, ale w seriach 1-3 serial skupiał się bardziej na szokowaniu w tym co mogą pokazać, a w ostatniej serii zaczęło mi zależeć na bohaterach. Oczywiście wcześniej też pokazywano emocje bohaterów, aktorzy mieli co grać, ale w 4 sezonie serial działa też na poziomie emocji bohaterów na widza, przynajmniej na mnie. Udało się twórcom w końcu rozłożyć odpowiednio poszczególne elementy serialu, czyli emocje, makabrę, groteskę, humor, dzięki czemu sezon działa.

    A wracając jeszcze do Tulip i Cassidy, to między tymi aktorami jest o wiele lepsza chemia jak między Negga i Cooperem, przez kilka odcinków są rozdzieleni z Jessim i tworzą świetny duet, trochę jak z buddy movie. A co do Dominica Coopera grającego tytułową rolę to przyznam, że w tej serii podobał mi się bardziej jak gra Kaznodzieję, jak w poprzednich sezonach. Oglądałem poprzednie serie jak już mówiłem dla szalonych momentów, ale też dla reszty bohaterów. Noi jakoś Cooper nudził mnie w głównej roli, choć to dobry aktor (polecam film w którym gra syna Saddama Huseina), ale w tej serii podobał mi się. Można powiedzieć, że lepiej późno niż wcale. Ciekawsze dla mnie były w poprzednich sezonach nie tylko wampir i dziewczyna Jessego, ale też Święty od Morderców, Root, Hitler, Boga, Starr, Jezus. Wolałem jak się skupiano na drugoplanych postaciach jak na Kaznodziei, a w tej serii polubiłem go w końcu.

  • Michał Ziaja
    Michał Ziaja
    @michax

    Oczywiście jak w poprzednich sezonach jest kilka momentów, związanych z wiarą katolicką, które dziwię się, że nie wywołały kontrowersji w USA, że nikt z Kościoła Katolickiego nie oburzył się w czasie emisji serii 1-4, ale widocznie ten serial tak nikogo nie interesuje. A na swój sposób zabawne jest, że a były protesty po premierze Good Omens na Amazonie, który w porównaniu z serialem AMC jest bardzo grzeczną produkcją, w serialu z Davidem Tennantem nie ma nic obrazoburczego, a przyznam, że na Kaznodziei to czasami poczułem się dziwnie, że twórcy przesadzili. Choć wydaje mi się, że nie ma aż tak mocnych momentów w 4 serii związanych z chrześcijaństwem, jak w poprzednich sezonach.

  • Michał Ziaja
    Michał Ziaja
    @michax

    Poprzednie sezony miały jeden podstawowy problem, czyli zbyt wolne tempo przez co często nudziłem się i przyznam, że oglądałem Kaznodzieję trochę bardziej dla tych szalonych pomysłów zaczerpniętych z komiksów ,czyli od jednego porypanego momentu do drugiego porypanego momentu, a komiksów nie czytałem, więc nie raz byłem w szoku co takiego twórcy wymyślili. Choć wiem od znajomych co czytali, że serial i tak jest grzeczny w porównaniu z oryginałem, sporo rzeczy co były w oryginale pominięto, niektóre zmieniono, ale też wiem, że sporo jest dokładnie takich samych momentów, np. to jak zakończono wątek Świętego od Morderców i Boga, to identycznie jak w oryginale.

    Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to do roli Pipa Torrensa, czyli Starra, który przez większość sezonu niewiele robi. Torrens był kapitalny w poprzednich sezonach, a tutaj głównie siedzi i spiskuje. Dopiero pod koniec sezonu dzieją się w jego wątku ciekawe rzeczy i z tego co wiem to jest dosłowne przeniesienie historii Starra (dla tych co czytali komiks spotyka go to samo co w oryginale), choć zakończenie jego wątku jest zupełnie inne jak w komiksie, ale podoba mi się. Zresztą zakończenia wątków wszystkich bohaterów, zarówno jak są takie same w komiksie, albo zupełnie inne to podobają mi się.

  • Michał Ziaja
    Michał Ziaja
    @michax

    Chyba jesteś jednym z niewielu (a może jedynym?), który się tak zachwyca Preacherem i ogólnie ma dobre zdanie o dwóch ostatnich seriach, bo większość fanów komiksów ostro po serialu jedzie. Większość nie przebrnęła przez 1 sezon, ja komiksów nie znam, ale mniej więcej wiem co się w nich dzieje od znajomych, i wiem że jeszcze bardziej pojechany jest jak serial, w którym wiele elementów złagodzono.

    Ostatni sezon to najlepsza seria z dotychczasowych, która nie przymula w żadnym odcinku. W 4 sezonie jest idealne tempo, nie ma zapychaczy i nawet jak są spokojne momenty to nie nudzą. Na Comic Con gdzie promowali serial, jeden z producentów, Seth Rogen, przyznał, że w seriach 1-3 zdarzało się sporo nudnych momentów, a widzowie oczekują pojechanych, porąbanych momentów. Więc uznali że w ostatniej serii mocno przyśpieszą tempo. Szacunek za widzenie wad w serialu, ale można zadać pytanie dlaczego dopiero teraz, a nie wcześniej, np. w 2 serii nie zdecydowali się na takie rozwiązanie? To pytanie retoryczne:)