7
Recenzja do: Marvel's The Punisher (2017 )
Recenzje

Marvelowi potrzeba było historii bez żadnych bohaterów z supermocami, żeby stworzyć opowieść krwistą i prawdziwą. Krwistą w dwójnasób, na ekranie posoka leje się gęsto, ale – ważne – postacie są prawdziwe, problemy realne, a relacje budzą emocje. Co zaskakujące, najwięcej ich budzą dwie przyjaźnie Punishera – jedna idealistyczna, druga szorstka.

Gdy zasiadałem do oglądania „The Punisher”, był we mnie duży niepokój. Jako dziecko uwielbiałem komiksy Marvela. Wtedy to był margines popkultury w Polsce, więc kiedy zaczęła nas zalewać fala seriali i filmów o superbohaterach, zacierałem ręce – przeżyję jeszcze raz dzieciństwo. Na serialowym gruncie początek był dobry. Zarówno „Daredevil” Marvela, jak i „Gotham” DC są serialami, które sprawiły mi dużo przyjemności i na których kolejne serie czekam. Później jednak było tylko gorzej. Marvel zaczął odcinać kupony od sukcesu. „Jessica Jones” cierpiała na drewnianym aktorstwie aktorki pierwszoplanowej, ale serial został uratowany przez Davida Tennanta w roli villaina. „Luke’a Cage’a”, „The Defenders” i „Inhumans” nie ratowało już nic, są kiepskie albo złe, choć gdzieś po drodze przydarzył się jeszcze świetny „Legion”.

Niepokój o kolejną serię Marvela był więc duży, ale w miarę oglądania moje pozytywne zaskoczenie rosło – „The Punisher” to serial dobry, choć zapewne nie taki, jak wielu by się spodziewało.

Przyjaźń trudna

Jeśli oglądaliście „Daredevila”, to wiecie, jaka jest historia Ukarzyciela. W dużym skrócie: Frank Castle stracił rodzinę w strzelaninie będącej wynikiem starcia dwóch gangów. Po tej tragedii skupił się na zemście i zabił przestępców z obu grup. Następnie musiał upozorować własną śmierć, żeby uciec przed wymiarem sprawiedliwości.

Jak okazuje się na początku „The Punisher”, strzelanina pomiędzy członkami gangów była tylko przykrywką dla operacji rządowej – ukrywający się Frank musi więc odnaleźć ludzi, którzy są naprawdę odpowiedzialni za śmierć jego rodziny. A informacji o tym dostarcza mu tajemniczy Micro, który, podobnie jak Frank, musiał stać się duchem, żeby uciec przed ścigającymi go agencjami rządowymi. Micro postanawia Franka namówić na pertnerstwo. I ta relacja, zresztą przeniesiona z komiksu, jest najsmakowitszym kąskiem w serialu.

To Micro i Ukarzyciel staną się silnikiem, który będzie napędzać do końca niespieszną akcję. Są zupełnie różni. Frank to trochę miejski Rambo, żołnierz sił specjalnych. Pozbawiony brutalnie rodziny, staje się maszyną do zabijania, przeciwko której zwraca się cała machina społeczeństwa. Micro to haker, intelektualista, raczej skromniejszej niż Frank postury. Po tym, jak próbował ujawnić tajne informacje kompromitujące służby, te próbują go zabić i uczynić z niego zdrajcę narodu. Jego historia bardziej przypomina nam tę Edwarda Snowdena, tylko Micro nie ucieka za granicę, ale pozoruje swoją śmierć, napędzany chęcią powrotu na łono rodziny. Tych dwóch łączy wspólny cel: Frank chce zabić swoich byłych pracodawców z zemsty i dlatego, że zabijanie wychodzi mu najlepiej; Micro zadowoli się postawieniem ich przed sądem, aby móc odzyskać bliskich. Ale nie ma też nic przeciwko temu, żeby Frank ich po prostu zabił.

Dochodzi więc do zderzenia serialowych Snowdena i Rambo, hakera i żołnierza, intelektualisty i mięśniaka. I tę sytuację twórcy eksploatują do maksimum. Mamy masę humoru sytuacyjnego, ale jednocześnie, dzięki doskonałej grze Jona Bernthala i Ebona Mossa-Bachracha, ich wzajemna relacja nie staje scliché, a zalążkiem do opowiedzenia o niezwykłej przyjaźni.

Oprócz dobrze wykorzystanego napięcia, wynikającego z różnicy temperamentów i charakterów, doskonale zostaje rozegrany też inny motyw. Frank nie ma rodziny i wszystko oddałby, żeby to zmienić. Z drugiej strony Micro rodzinę ma, ale nie może się z nią kontaktować i ujawnić, że żyje, bo postawiłoby to ich w śmiertelnym niebezpieczeństwie. A w wyniku splotu okoliczności Frank nawiązuje relacje z bliskimi przyjaciela, nic o nim nie wspominając. Dochodzi do sytuacji, w których Frank regularnie odwiedza żonę Micro, Sarah, a haker przygląda się tym wizytom w swojej kryjówce przez zamontowany w domu podgląd. Jak na pojawienie się przystojnego małomównego faceta, który stracił rodzinę, zareaguje atrakcyjna, zagubiona w życiu kobieta, już od roku opłakująca śmierć męża? Nie chcę spoilerować konkretnych scen, ale z tych wizyt wyniknie sporo komicznych, jak i dramatycznych sytuacji.

Cała ta dynamika posłuży jednak ostatecznie pokazaniu, jak może dojść do powstania pięknej przyjaźni w trudnych warunkach.

Przyjaźń idealna, czyli serial przeciwko wojnie

Frank ma też drugiego przyjaciela, Billy'ego Russo (granego przez Bena Barnesa), towarzysza broni jeszcze z czasów służby w siłach specjalnych. Po swojej upozorowanej śmierci Frank nie kontaktuje się z Billym, żeby go chronić. O ich relacji dowiadujemy się z flashbacków dotyczących służby w wojsku, gdzie często przychodziło im robić rzeczy niemoralne i nielegalne. Billy, który nie wie, że Frank żyje, odwiedza jego grób w każde urodziny. Kiedy zaczyna podejrzewać, że przyjaciel jednak nie zginął, próbuje się z nim skontaktować. Micro odkrywa tę próbę kontaktu, a zagadnięty na ten temat Ukarzyciel wyjawia, że Billy jest dla niego jak rodzina i że oddaliby nawzajem za siebie życie.

Ich przyjaźń po spotkaniu przybierze niespodziewany obrót (nie mogę opowiedzieć jaki bez silnych spoilerów) i stanie się drugim z filarów akcji serialu.

Jednocześnie nowe dzieło Marvela okazuje się przy okazji tego wątku tworem antywojennym, ujawniając na podstawie losu dwóch przyjaciół, jak okrutna i brudna jest wojna i że zyskują na niej tylko ludzie pozbawieni skrupułów, a dobrych ona niszczy. I to chyba najbardziej zaskakujący wymiar tej serii. Stosunkowo niewiele jest w niej efektownych scen walki, bijatyk, strzelanin, a więcej scen przywołujących okropieństwa wojny. Pokazują one też, że Frank podczas służby nie pozostał bez skazy, co również czyni go ciekawszym – nie jest już bowiem tak krystaliczny jak w „Daredevilu”. Okazuje się, że ma swoje grzechy.

Przy okazji wątku antywojennego należy wspomnieć o jeszcze jednej świetnej kreacji – Daniela Webbera jako Lewisa Walcotta, zagubionego dwudziestolatka, który właśnie wrócił z wojny i nie potrafi się zupełnie odnaleźć w nowej rzeczywistości. Nauczony prostego, czarno-białego spojrzenia na świat, zupełnie nie odróżnia odcieni szarości, przez co nie umie poruszać się w społeczeństwie. Jest jak pies, którego wyszkolono, by mieszkał w budzie, karmiono i napuszczano raz za razem na wrogów i który następnie został wypuszczony w wolny świat. W tym świecie, którego nie rozumie i się go boi, jedyne, co mu pozostaje, to zagubienie zamieniające się w złość, która z kolei przeradza się z czasem w niepohamowaną wściekłość i chęć zemsty. To niby poboczna kreacja, ale bardzo wzmacniająca antywojenną wymowę filmu, mówiąca nam, jak łatwo wojsko produkuje z naiwnego chłopaka niestabilną maszynę do zabijania. Dzięki temu serial trochę kojarzył mi się z oskarowym filmem „The Hurt Locker”.

Brak silnych kobiet i wydłubywanie oczu od lat 16

Skoro jest tak dobrze, to czemu przy ocenie figuruje tylko siódemka? Bo serial ma też swoje wady. Mimo mocnego rusztowania opartego na wątkach przyjaźni i dobrze rozegranej retoryce antywojennej popełnia dwa duże grzechy, które nie pozwalają mi go zakwalifikować jako bardzo dobrego.

Pierwszy grzech to to, że główna postać kobieca – Dinah Madani grana przez Amber Rose Revah – jest najwyżej nijaka, a mnie wydawała się antypatyczna. Twórcy chyba trochę nie wiedzieli, co z nią zrobić. Czy jest jeżdżącą podrasowanym klasycznym wozem ostrą laską, która nie znosi kompromisów, a facetów bierze sobie, jak chce, czy też jest naiwną, śliczną kobietką o wielkich oczach, którą dosłownie wszyscy w tym serialu, zarówno dobrzy, jak i źli, robią w konia. A kiedy już faktycznie popełnia pomyłkę, to użala się nad sobą i... daje jeszcze bardziej wykorzystać. Mam wrażenie, że Marvelowi i Netflixowi potrzebna była obowiązkowa pierwszoplanowa postać kobieca, żeby nie zostać oskarżonym o seksizm. Tyle że ta postać nic nie zmienia, nie jest motorem prawie żadnej akcji, wiecznie pojawia się gdzieś z boku albo przy okazji innych wydarzeń i nie nadąża, głównie irytując swoją bezradnością. Do tego sama nie przechodzi żadnej ciekawej transformacji pod wpływem ukazanych wydarzeń. Zostaje taka sama, jak była na początku. W porównaniu z dobrze umieszczoną w „Daredevilu” Deborah Ann Woll jako Karen Page wypada bardzo blado. Zresztą na pewno pamiętacie, że Karen łączyło coś w „Daredevilu” z Frankiem Castle? No to w „The Punisher” zostało to całkowicie zmarnowane. Karen pojawia się jako postać niemal trzecioplanowa. A szkoda.

Do tego trzeba zauważyć, że tempo akcji rozwija się bardzo powoli. Po części uważam to za plus, pozwala ono zbudować relacje między bohaterami i powoduje, że sceny walki, które pojawiają się na końcu, mają dla nas duże znaczenie emocjonalne. Bardzo dobrze znamy te postacie, które ze sobą walczą, i wiemy, o co walczą. Nie są jakimiś losowymi ninja z organizacji, której celów nikt nie zna i nie bardzo się nimi przejmuje. Każdy strzał, cios i śmierć mają znaczenie. Jednak drugim grzechem serialu jest to, że można było tempo opowieści wykreować lepiej. Do wycięcia są spore części odcinków, na przykład połowa szóstego i jedna trzecia trzynastego. Pozostaje wrażenie, jakby twórcy mieli akcji na dziesięć odcinków, a rozciągnęli ją na trzynaście. To daje się trochę we znaki. Można się zniechęcić, a warto wytrwać do końca.

Trzeba przy tym zauważyć, że sceny walki czy tortur, kiedy już się pojawiają, są bardzo krwawe. To w końcu „The Punisher”, najkrwawsza z historii Marvela, nie powinno dziwić pokazywanie wprost wydłubywanie gałek ocznych kciukami czy oranie twarzą przeciwnika po rozbitym lustrze, które widzimy z bliska i przy towarzyszących mu odgłosach zarówno nieludzkiego wrzasku, jak i tego nieznośnego dźwięku rysowania twardym przedmiotem po szkle. Do tego oczywiście dochodzą hektolitry krwi (którą sam Frank Castle wydaje się regenerować w zadziwiającym tempie), flaki i części ciała latające w różnych kierunkach oraz wymyślne sposoby zabijania przeciwników. Trochę mnie jednak śmieszy, że przy tym wszystkim platforma, próbując najwyraźniej unikać jak ognia oznaczenia „18+”, zdecydowała się dokładnie zakrywać każdą pierś, o penisach nie wspominając. Oranie twarzą przeciwnika po lustrze jest okej, ale kawałek sutka na ekranie już nie. Więc dozwolone od lat 16. Z drugiej strony to w końcu „The Punisher”, dobrze, że oprócz przekonującego podwójnego bromance'u krew leje się obficie.

Gra aktorska
8
Zdjęcia
8
Muzyka
7
Scenariusz
7
Serial doskonale rozgrywa wątki dwóch różnych przyjaźni Franka „Punishera” Castle: jednej z Micro, drugiej z Billym Russo. Niespieszna akcja dobrze buduje napięcie, które znajduje odpowiednią kulminację pod sam koniec serialu. Sceny przemocy są bardzo krwawe i brutalne, ale to w końcu „The Punisher”.
Ocena czytelników
8

Plusy

  • Gra aktorska Jona Bernthala jako Franka „Punishera” Castle
  • Gra aktorska Ebona Mossa-Bachracha jako „Micro”
  • Gra aktorska Bena Barnesa jako Billy'ego Russo
  • Dynamika pomiędzy tymi trzema postaciami
  • Dobrze poruszone wątki wojny i odpowiedzialności za nią
  • Nieźle zbudowane zakończenie
  • Scenariusz
  • Sceny walki – rzadkie, ale znaczące
  • Krew i brutalność

Minusy

  • Postać Dinah Modani
  • Dłużyzny w niektórych odcinkach
  • Etykieta „od lat 16” przy poziomie brutalności

Komentarze

(7)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Rafał Konaszewski
    Rafał Konaszewski
    @not_imprsd

    Bardzo udany serial, chociaż całkiem inny, niż się spodziewałem. Mimo wszystko zaskoczenie pozytywne - koniec końców rozwałki i brutalności nie zabrakło, a mocno antywojenna tematyka i dotknięcie trudnego tematu weteranów zrobiły na mnie wrażenie.

  • Piotr Frankowski
    Piotr Frankowski
    @Cyberius

    Nie zgadzam się co do Jessici Jones i Luke'a Cage'a. Świetne seriale, a Krysten Ritter z pewnością nie zagrała tam drewna :P

    • Mateusz Myślicki
      Mateusz Myślicki
      @MateuszMyslicki

      @Cyberius: Musisz spróbować mi podać jakieś argumenty. Szczególnie co do Luke'a. Już odpuszczę te Jessicę, dalej uważam, ze Ritter chodzi cały czas naburmuszona po planie i to ma być niby zagranie takiej zbuntowanej, nieprzystosowanej laski, ale ja tego nie kupuję - porównaj sobie gamę emocji, którą prezentuje z Daredevilem czy z Punisherem.
      Ale... wszystko inne w Jessice jest w miarę spoko, więc odpuszczę Jessicę, uznam, a co tam - myliłem, nic nie wiem o aktorstwie i to co biorę za wieczne naburmuszenie (tak Stefek Burcyzmucha, tylko ładny) jest dobrym zagraniem buntu.

      Ale Luke? Drewniany główny bohater (tak kompletnie, całkowicie, nie gra nic), scenariusz, który chyba tworzyli maturzyści na amatorskich zajęciach z creative writing w pobliskiej bibliotece, brak jakichkolwiek ciekawych bohaterów, nawet potencjał Cottonmoutha jest w końcu utopiony. Zostaje więc muzka i Harlem. Mi to nie wystarczy, ja muszę mieć bohaterów z krwi i kości. Jak w Punisherze. Inaczej to jest tylko pusta scenografia.

    • Piotr Frankowski
      Piotr Frankowski
      @Cyberius

      @MateuszMyslicki: mnie Jessica jedynie w Defenders trochę irytowała, ale to ze względu na swój charakter, nie aktorstwo :D
      Luke najbardziej drewniany był w JJ, w jego serialu już go bardziej rozwinięto, a że jego postać była, jaka była, to zostało to wyjaśnione w serialu. W Defenders już za to widać, że jego postać ewoluowała i Mike Colter ma już więcej to zagrania. Scenariusz tworzyli maturzyści? Nie zgadzam się. To, że fabuła toczy się tam powoli (ja sam miałem problem z przebrnięciem pierwszych odcinków, ale za drugim razem je już bardziej doceniłem), nie znaczy, że nie ma ciekawych bohaterów. Masz Cottonmoutha, Mariah, Shadesa i Diamondbacka (do dzisiaj nie rozumiem krytyki tej ostatniej postaci, dla mnie był świetnym złoczyńcą z dobrze wyjaśnionymi motywami, chociaż rozumiem narzekanie na jego kostium w finale). Każda z tych postaci, włącznie z Lukiem i Misty (chociaż nie powiem, Misty mnie pod koniec trochę irytowała), miała swój dobrze zaznaczony charakter, nie stała w miejscu i się rozwijała. Czekam więc na drugi sezon ;)

  • Krzysztof Czapla
    Krzysztof Czapla
    @Chaplito

    Te minusy, to takie trochę z czapy i żeby za takie drobne rzeczy odejmować mu aż 3 pkt w ocenie? Moim zdaniem jest to serial kompletny i też najlepszy z tych "netflixowo-marvelowych". Wszystkie postacie są ciekawe, nie irytują i są bardzo dobrze zagrane, włącznie z Madani. Serial jest odpowiednio brutalny, sceny akcji świetne, wątek główny prosty, ale dobrze poprowadzony, do tego wątki poboczne też na duży plus. Z 13 odcinków moim zdaniem jest tylko 1, który trochę odstaje od reszty i jest po prostu dość... nudny. A ostatni z minusów, "od lat 16"? Who cares. Nikt na to nie zwraca uwagi przy oglądaniu, więc nie powinno mieć też wpływu na ocenę. Tyle ode mnie. :)

    • Kira Leśków
      Kira Leśków
      @kira_leskow

      @Chaplito: Jeśli chodzi o ogólny poziom serialu, na razie średnia na Metacriticu to 5,4/10: http://www.metacritic.com/tv/marvels-the-punisher

      @MateuszMyslicki dał 7/10, więc nie ma tragedii :-)

    • Mateusz Myślicki
      Mateusz Myślicki
      @MateuszMyslicki

      @Chaplito: dlaczego zakładasz, że odjąłem jakieś punkty? Ja to widzę tak, że dodałem 2 punkty. '5' to ocena wyjściowa, wszystko co ponadto to już zasługa serialu. Na plus jest wiele rzeczy, gdybym mógł dać 7,5, to pewnie dałbym 7,5, ale nie mogę. Ja to widzę tak, że na 10 są rzeczy unikalne: BoJack Horseman, The Sopranos, na 9 seriale rewolucyjne albo doskonałe: Better Call Saul, Fargo, House MD; na ósemkę zasługują solidne must-watche w stylu Game of Thrones czy Ricka i Morty'ego. Więc 7 dla serialu dobrego (tak właśnie ta ocena się u nas nazywa słownie) to chyba nieźle.

      Co do Madani musisz mnie przekonać, że ta postać jest dobrze skomponowana albo zagrana. Ja tam widzę zapychacz do fabuły i na razie nikt nie podał mi jednego argumentu, że jest inaczej. Dłużyzny też ciągle tam są, materiału jest na 10 odcinków i może, gdyby tyle było, to nie byłoby Madani i serial byłby w gruncie rzeczy na osiem. Ale pewnie nawet wtedy nie. Anyway '7' oznacza u mnie: do oglądania marsz, więc chyba kruszymy kopie o nic.

Powiązane

Seriale

Marvel's The Punisher

Rodzina Franka Castle'a zostaje brutalnie zamordowana. Pogrążony w rozpaczy były marine przysięga krwawą zemstę. W półświatku staje się znany jako Punisher.