Recenzja do: Ballers (2015 )
Recenzje

Dwayne Johnson to strasznie zapracowany człowiek. Obija mordy niegodziwcom w „Szybkich i wściekłych”, biega po kniejach w „Jumanji”, czy udaje bardzo efektowny worek ziemniaków w „Drapaczu chmur”. Są to filmy lepsze lub gorsze, ale nie da się zaprzeczyć, że to bardzo charyzmatyczny, wysportowany i świetnie zarabiający facet. W tym natłoku zajęć znalazł również czas na 5-letnią, serialową przygodę w „Ballers”. Rola Spencera Strasmore'a ugruntowała mnie w przekonaniu, że aktor potrafi zagrać kogoś więcej, niż tylko przypakowanego osiłka, którego jedynym wyzwaniem jest napięcie mięśni czy efektowne danie „z dyńki”. Niestety, będzie to nasze ostatnie spotkanie, zarówno z Dwaynem, jak i z resztą obsady. Czy 5. sezon hitu HBO to godne zakończenie, czy jednak serial powinien skończyć się już dawno temu, kiedy był w centrum reflektorów chwały?

Dwayne Johnson na ławce rezerwowych

Ustalmy jedno – „Ballers" nigdy nie udawało, że jest produkcją wybitną. Owszem, chciała być trochę nową „Ekipą" – wyszło coś nieco innego, ale osobiście nie uważam, że jest to wada. Wręcz przeciwnie, dzięki temu nadaje serialowi swojego oryginalnego stylu i nie jest powtarzalny. Oczywiście ogromna w tym zasługa Dwayne'a Johnsona, który był na pewno dla wielu widzów motorkiem napędowym, abym zacząć oglądać ten sportowy komediodramat.  Warto wiedzieć, że nie jest przypadkiem, że akurat The Rock występuje w głównej roli. Poniekąd jest to historia zaczerpnięta z jego życia. Za młodu również był zawodnikiem footbolu amerykańskiego i podobnie nabawił się kontuzji, która uniemożliwiła mu dalsze granie. Wiele perypetii już za nami, po dwóch świetnych sezonach poziom zaczął w kolejnych odsłonach niebezpiecznie opadać i znajdowaliśmy się w momencie, kiedy myślałem, że scenarzystom kończą się pomysły i że chyba czas kończyć.  I tak szczęśliwie, po torze pełnym przeszkód, dojechaliśmy do końca.

A koniec jest faktycznie szczęśliwy, oczywiście dla bohaterów – dla widzów nieco mniej. Niestety, bardzo czuć, że to nasze ostatnie spotkanie i że twórcy musieli zakończyć historie oraz podomykać niemalże wszystkie wątki. Jest ich na tyle dużo, że Dwayne Johnson musiał trochę znaleźć się na dalszym planie, aby dać pójść o krok do przodu reszcie bohaterów. Po pierwsze scenarzyści wymyślili, że zwalą Spencerowi cały świat na łeb, tworząc z niego postać nieco zadufaną w sobie i słabo myślącą. Po drugie –jego konflikt z Joe'em jest typowym zagraniem w tego typu historiach, ale to jeszcze nic. Najgorsze jest rozwiązanie tego sporu, które jest totalnym uproszeniem scenariuszowym i spieszeniem się, aby zaznaczyć ten fakt widzowi. Strasznie tęskniłem za tym duetem, to dwóch naprawdę ciekawych, skrajnych charakterów, które idealnie się uzupełniały i  ostatni sezon pokazał, że rozłączenie tych bohaterów nie wyszło na dobre. Nie wyszło na dobre również odejście od indywidualnych, nowych zawodników na rzecz rozwijania i przejmowania wielkich firm. Ten sportowy duch, który zawsze nam towarzyszył, wyparował razem z zapałem scenarzystów.

To już jest koniec...

Nie mniej jednak, nie wszystko, co oferuje nam 5. sezon „Graczy” jest nudne i złe. Wiele wątków i bliższe przyjrzenie się innym bohaterom może sprawiać wiele frajdy. Spancera nieco zastąpił Joe, który pomimo tego, że lepiej się go ogląda w duecie z łysym kumplem, to jako samodzielna jednostka nadal nie traci uroku. I nadal to konkretny, wybuchowy, wulgarny facet, którego po prostu nie da się nie lubić. Skoczymy też zobaczyć, co dzieje się w życiu uczuciowym Troya, co cieszy, bo to była zawsze postać, która stała najbardziej na uboczu i widz nie wiedział o niej za dużo. Zaobserwujemy też, jak działa dziedzina e-sportu i co w tym wszystkim robi Vernom, który zamiast biegać po boisku, woli sprawdzać szybkość swoich palców na padzie. Nie zaskoczą was natomiast odwiedziny u Ricky'ego czy Charlesa. Ich wątki są wyżynane do granic możliwości, ale ich finalne zakończenie powoduje jednak uśmiech na twarzy.

Kiedy trzeba ze sceny zejść...zapomnianym

Jestem świadomy tego, że to ostatni sezon – fabuła musiała ruszyć z kopyta. Trzeba domknąć wiele historii, aby widz nie poczuł się oszukany, że któryś z bohaterów został zapomniany i wyrzucony do kosza. O wiele więcej znajdziemy teraz dramatu niż komedii. Oczywiście, jest sporo humorystycznych akcentów, gdzie prym wiedzie Rob Corddry i rewelacyjny John David Washington, ale jednak finałowy sezon jest bardziej obyczajowy. I nawet rozumiem zamiary scenarzystów oraz Dwayne'a Johnsona. Wiele się mówi o weteranach sportowych – zawodnikach wyklętych przez kontuzje i podejście do nich wielkich firm. To ważny komentarz w tym biznesie – jak w jednej chwili może się wszystko zmienić, a człowiek, pomimo swoich ogromnych zasług, zostać bez należytej emerytury.

 

Pomimo wielu wad będę tęsknił za produkcją HBO. „Ballers" dostarczał wiele funu przez te 5 lat i odcinkowy Dwayne Johson w dosyć dojrzałej roli to było czyste złoto. Zresztą, reszta ekipy również nie ma czego się wstydzić, szczególnie John David Washington, syn Denzela Washingtona. Widać, że poszedł w ślady utalentowanego ojca i wróżę mu ogromną karierę, tym bardziej, że już został zauważony – otrzymał nominację do Złotego Globu za „BlacKkKlansman”. Natomiast serial może i powinien nieco wcześniej pójść na ławkę rezerwowych, ale i tak żegna swoich fanów bez większych komplikacji.  Nie obyło się co prawda po drodze bez kontuzji, ale finalnie pacjent będzie żył. Widz również.

Gra aktorska
8
Zdjęcia
6
Muzyka
7
Scenariusz
5
"Ballers" na czele z Dwaynem Jonsonem dobiegają do finałowego, 5. sezonu. Jest mniej Spencera i humoru, więcej innych bohaterów i ich wątków, które trzeba szybko zakończyć. I dobrze, że to już ostatnie spotkanie, co prawda mógłbym je milej wspominać, ale i tak będę tęsknił.
Ocena czytelników
6.5

Plusy

  • Joe Kurtel na pierwszym planie
  • ciekawy komentarz odnośnie emerytów sportowych

Minusy

  • Dwayne Johnson na drugim planie
  • gnanie do przodu i kończenie wszystkich wątków na szybko

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Aktualności