Recenzja do: A Million Little Things (2018 )
Recenzje

Nie będę ukrywała, że do obejrzenia tego serialu skłoniła mnie pewna rzecz. Pozwólcie, że wyjaśnię to w dwóch słowach: David Giuntoli. Brakowało mi tego aktora, odkąd skończyło się „Grimm”, i na wieść, że znowu pojawi się na małym ekranie, od razu wiedziałam, że „A Million Little Things” trafi na moją listę. Pod względem realizacji nie spodziewałam się zbyt wiele, ale pocieszałam się, że chociaż obsada zrekompensuje ewentualne męki przy oglądaniu. A tu, proszę bardzo, miłe zaskoczenie.

Przyjaźń składa się z małych rzeczy

Jon, Eddie, Rome i Gary są przyjaciółmi od lat, od tamtego pamiętnego dnia, kiedy cała czwórka utknęła w zepsutej windzie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że ufają sobie bezgranicznie i nie mają przed sobą żadnych tajemnic. Ten piękny obrazek pryska jak bańka mydlana, gdy Jon niespodziewanie popełnia samobójstwo. Pozostała trójka nie miała bladego pojęcia, że z ich kumplem dzieje się coś złego. Podczas prób odnalezienia odpowiedzi na pytanie, dlaczego to wszystko się stało, orientują się, że jest wiele rzeczy, o których nigdy nie rozmawiali, co może stawiać ich relację pod znakiem zapytania.

Pilot od samego początku uderza jednym: piękną muzyką. Soundtrack jak do tej pory składa się z dość melancholijnych, nostalgicznych kawałków, ale biorąc pod uwagę wydźwięk odcinka, kompletnie mnie to nie dziwi. Mimo wszystko serial nawet nie stara się udawać, że będzie jakąś nieprawdopodobnie głęboką, poważną produkcją – to raczej dość prosty komediodramat, wywołujący wiele emocji, ale na pewno nie tak skrajnych, jak chociażby „This Is Us” (które w skali huśtawki emocjonalnej znajduje się na najwyższym poziomie). Oczywiście z biegiem czasu wszystko może się zmienić i niewykluczone, że po finale pierwszego sezonu stwierdzę, że jednak oceniłam „A Million Little Things” zbyt pochopnie, ale pilot wydaje się dość mocno określać to, czego możemy się spodziewać w kolejnych odcinkach.

A Million Little Things, serial, ABC, odcinek 1, pilot, recenzja

Prostota i naturalność

To, o czym wspomniałam w poprzednim akapicie, absolutnie nie należy traktować jako krytyki. Wprost przeciwnie – seans był naprawdę przyjemny, te niewiele ponad 40 minut minęło w mgnieniu oka. Niemal od razu zostaliśmy wrzuceni w bieg wydarzeń, twórcy nie bawili się w rozbudowane wstępy, tylko z miejsca otworzyli poszczególne wątki. Chociaż dopiero poznajemy głównych bohaterów, ich charaktery już na tym etapie zostały całkiem nieźle zarysowane, a indywidualne problemy ciekawią niemalże tak samo. Z pewnością jest to zasługa dobrego aktorstwa, bo nie tylko David Giuntoli (Eddie) świetnie się odnalazł w nowej roli, fenomenalny okazał się James Roday w roli Gary’ego, który po pierwszych minutach został moją ulubioną postacią, a także Romany Malco wcielający się w Rome’a. Nie jestem na razie przekonana do żeńskiej części obsady (nie ukrywam, że nie należę do wielbicielek Christiny Moses), ale być może panie pokażą coś więcej w kolejnych odcinkach. Liczę również na Rona Livingstona w retrospekcjach dotyczących Jona, bo mimo całej miłości do Gary’ego to właśnie ta postać najbardziej mnie, jak do tej pory, zafascynowała.

Pod względem technicznym pilot wypadł prosto, żeby nie powiedzieć: nudno. Banalny montaż i ładne, aczkolwiek niewyróżniające się niczym ujęcia zdecydowanie nie są największymi atutami tej produkcji. Trzeba też przyznać, że sam pomysł na fabułę nie należy do najoryginalniejszych i jak na razie nie zapowiada się, żeby poszczególne wątki zostały rozwinięte w jakiś widowiskowy sposób. Co nie zmienia faktu, że oglądanie wciąga – bohaterowie dają się lubić, a przede wszystkim pozwalają na utożsamianie się z nimi.

A Million Little Things, ABC, serial, odcinek 1, pilot, recenzja

Hot or not?

Nie wróżę „A Million Little Things” spektakularnego sukcesu, raczej nie ma szans, żeby wybiło się na tle innych seriali obyczajowych, ale prostota i utalentowana obsada mogą sprawić, że produkcja będzie się cieszyła zainteresowaniem. Pilot wygląda całkiem obiecująco i o ile fabuła będzie rozwijana ciekawie i stopniowo, to zdecydowanie będę się dobrze bawić przy oglądaniu. Trzymam też kciuki, żeby produkcja rzeczywiście poruszała tak trudne i ważne tematy, jak sugeruje to pierwszy odcinek.

Serial nie jest dostępny w Polsce.

Gra aktorska
8
Zdjęcia
5
Muzyka
8
Scenariusz
6
Pilot okazał się zaskakująco dobry; dostaliśmy zalążek interesującej, życiowej historii, która może podbić wiele serc. Oczko wyżej w ocenie za tak pozytywne zaskoczenie i nadzieję, że „A Million Little Things” okaże się porządnym, dopracowanym serialem.
Ocena czytelników
7

Plusy

  • świetna obsada
  • dobrze dobrana muzyka
  • fabuła zapowiada się ciekawie
  • łatwo poczuć więź z bohaterami
  • produkcja próbuje poruszyć istotne zagadnienia – i oby tak zostało

Minusy

  • banalność
  • pospolite zdjęcia i montaż

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

A Million Little Things

Po informacji o niespodziewanej śmierci jednego z przyjaciół, grupa bliskich sobie osób stwierdza, że musi naprawdę zacząć korzystać z uciekającego między palcami …