Recenzja do: 12 Monkeys (2015 )
Recenzje

„12 Monkeys” jako serial miało fantastyczny background w postaci kultowego już filmu pod tym samym tytułem, ale miało też pecha, że za produkcję zabrała się stacja Syfy. Ograniczony budżet oraz nie do końca przemyślane wątki bardzo szybko stały się największymi bolączkami serialu. Część widzów była z tego nawet zadowolona, wskazując na fakt, że przecież kinowy pierwowzór również był mocno ograniczony wizualnie i w samej swojej istocie był dziełem ciasnych planów zdjęciowych i kadrów zawężonych do twarzy członków obsady. Brudny i niepokojący wygląd filmu w bardzo dobry sposób oddawał klimat całej opowieści, a próba jego zmiany w serialu nie spotkała się z aprobatą widowni. „12 Monkeys” udało się jednak coś, czego wiele seriali może zazdrościć, czyli opowiedzenia całej zamierzonej przez twórców historii od początku do końca. Czwarty sezon nie musiał zatem niczego wymuszać, stając się dokładnie tym, czego od niego oczekiwano.

12 Monkeys, sezon 4, recenzja, Syfy

Uroboros

„Był kiedyś wąż, który podróżował tylko w jednym kierunku. Zawsze do przodu, nigdy do tyłu. Pewnego dnia wąż natknął się na demona. Demon przeklął węża, doprowadzając go do szaleństwa i zmuszając do zjedzenia własnego ogona. Wąż był ślepy. Ale kilku, którzy byli jasnowidzami, znali prawdziwą ścieżkę węża, więc stworzyli broń. Broń do zniszczenia demona. Ukryli broń w jaskini węża, gdzie czekał, aż skończy się jego szaleństwo. Ale tak się nigdy nie stało. Widzący odkryli, że jedynym, który mógł władać bronią, był sam demon. I tak wąż był skazany na krążenie w szaleństwie... na zawsze”. Zagadka, która została postawiona przed głównym bohaterem, Jamesem Colem, powraca jak mantra w wielu momentach czwartego sezonu, stając się z każdym kolejnym powtórzeniem coraz bardziej jasna. Nie tylko dla głównego bohatera, ale przede wszystkim dla widzów, którzy naprawdę czekają na jej rozwiązanie. Poprzednie trzy sezony pokazały, że Cole nie jest tylko przypadkową osobą, podróżnikiem w czasie, mającym pecha do wpadania w tarapaty. Jego misja walki ze Świadkiem nabiera o wiele większego znaczenia właśnie po odkryciu tej tajemniczej zagadki. Kto jest demonem, a kto wężem i co najważniejsze: czym jest tajemnicza broń?

12 Monkeys, sezon 4, recenzja, Syfy

Hipokryzja

Czwarty sezon rozpoczyna się w zupełnie inny sposób niż poprzednie. Podczas kilkunastu minut widzowie mogą zobaczyć wreszcie w jakim miejscu, a raczej czasie, leżą korzenie Widzących, grupy osób, które dzięki swoim umiejętnościom potrafią doświadczać wizji z różnych momentów czasu. Mając wiedzę o wydarzeniach, które mają dopiero nastąpić, wykazują się wyjątkowym spokojem, doświadczając ich na własnej skórze. Nie mają zamiaru ingerować w ich przebieg, przyjmują je ze spokojem, będąc przekonanymi, że i tak nic nie zmienią. Pomimo tego to oni właśnie są odpowiedzialni za stworzenie zagadki, która ma doprowadzić do ingerencji w czas. Dysonans, jaki przez to powstaje, burzy samo założenie ich filozofii i poniekąd logiki serialu, ale nadaje tempo całemu sezonowi. Wyjątkowo trudno słucha się wygłaszanych przez nich frazesów o nienaruszalności linii czasowej, wiedząc, że to wszystko pic na wodę. Z Widzącymi widzowie mogli poznać się już w poprzednich sezonach, ale jeszcze nigdy nie byli tak kiepsko skonstruowani jak w finałowej serii. Do tej pory otaczała ich aura tajemniczości, mistycyzmu i nadnaturalnych zdolności, osiągniętych poprzez wiedzę i kontemplację czasu, ale wszystko to prysło jak bańka już w pierwszych odcinkach.

12 Monkeys, sezon 4, recenzja, Syfy

Bezsensowne ofiary

Wydarzenia, w których bierze udział James Cole, od początku czwartego sezonu mają bardzo szybkie tempo i obierają przygnębiający obrót. Główni bohaterowie są w odwrocie, pozbawieni jakichkolwiek narzędzi do kontynuowania walki, co wyraźnie przekłada się na ich nastroje. Pasmo porażek, które mają za sobą, zaczyna wywierać wpływ na ich morale, a ich motywacje przestają być silne jak wcześniej. Na domiar złego scenarzyści postanowili jeszcze bardziej podciąć im skrzydła, odbierając kilku czołowym postaciom życie w bitwie, która od samego początku wygląda, jakby miała być finałem całego serialu. Trudno patrzy się na ich śmierć, wiedząc, że tak naprawdę jest bez znaczenia, jeśli ma miejsce już na początku sezonu. Oczywistym jest przecież, że kolejne odcinki przyniosą jeszcze dużo plot twistów, dlatego bezsensowne wykreślanie z fabuły tych, którzy niemal od samego początku byli filarami całej opowieści, jest bardzo denerwujące. Można by było przełknąć to o wiele łatwiej, gdyby nie totalnie bezsensowne rozwiązania fabularne, jakie zostały do tego zastosowane. Nikt z nich nie ginie w akcie heroizmu, nie osiąga swoim poświęceniem niczego szczególnego. Widz ma wrażenie, jakby pozbywano się ich wszystkich na szybko, bo fabuła goni, a nikt nie wpadł na żaden lepszy pomysł. Ten schemat jest niestety bardzo często obecny w czwartym sezonie.

12 Monkeys, sezon 4, recenzja, Syfy

Niewzruszeni

W momencie, w którym scenarzyści pozbyli się już zbędnego balastu w postaci bohaterów, na których śmierć nikt nie miał pomysłu, fabuła powoli zaczyna się uspokajać. Główne postacie dostają w końcu chwilę na wytchnienie i refleksje o tym, co się właśnie stało. Tutaj pojawi się kolejny problem, bo... chyba nikt już nie pamięta wydarzeń sprzed chwili. Przechodzą nad tym do porządku dziennego, nawet jeśli kontynuowanie ich misji staje się niemal niemożliwe przez to, kto umarł. Wszyscy siadają na zgliszczach, które pozostawili żołnierze Świadka i zgodnie podnoszą ręce do góry, ogłaszając swoją przegraną. Kilka lat walki nagle przestaje się liczyć, tylko dlatego, że ktoś im w końcu spuścił konkretne manto. Heroiczne czyny, których się podejmowali w trzech poprzednich sezonach, zostają zapomniane, tak samo, jak beznadziejne sytuacje, w jakich się znaleźli. Cole i spółka wolą odpalić kolejnego papierosa i napawać się jego smakiem, kiedy nadchodzi ich koniec. W pewnym sensie to byłoby wyśmienite zakończenie, nieszablonowe i na pewno szokujące, gdyby nie kolejny szalony pomysł scenarzystów, którzy stwierdzili, że należy w tym miejscu wcisnąć plot twist. Problem polega na tym, że jest on tak straszliwie wymuszony i niepasujący do całości, że odechciewa się dalszego oglądania.

12 Monkeys, sezon 4, recenzja, Syfy

Niewykorzystane okazje

Tak jak wspomniałem wyżej, największym problemem finałowej serii „12 Monkeys” jest to, że wszystko tutaj wygląda, jakby było robione na szybko i nikt nie przysiadł na chwilę dłużej, aby się temu dokładniej przyjrzeć. Skutkiem tego zaniedbania są liczne sceny i wątki, które aż proszą się o to, aby zostały poprawnie rozwinięte, ale zamiast tego staczają się w nijakość. Cały sezon posiada ogromnie dużą ilość fantastycznych scen, których potencjał został zabity przez przysłowiowe pisanie na kolanie. Epickie przemowy zostają zdmuchnięte jak świeczki na torcie kiepskim one linerem, który po nich następuje, wątki mające predyspozycje do bycia naprawdę ciekawymi ucina się tylko po to, żeby wcisnąć dodatkowe trzy minuty dramy pomiędzy Colem i resztą grupy. Jest to straszliwie denerwujące, bo kiedy już mamy nadzieję, że w końcu będziemy świadkami, jak cały serial ruszy z kopyta i nawiąże tym samym do swojego świetnego pierwszego sezonu, robi rzecz odwrotną i przewraca się pod naporem własnych ambicji. Zdecydowanie jest to ogromny minus rzutujący na odbiorze całości.

12 Monkeys, sezon 4, recenzja, Syfy

Nic się przecież nie stało

Jedną z najważniejszych części seriali jest tzw. rozwijanie bohaterów, czego tak naprawdę w czwartym sezonie „12 Monkeys” nie ma. Wszystkie wydarzenia, których są uczestnikami, spływają po nich jak woda po kaczce i nawet wszechobecna w tej serii śmierć nie jest w stanie tego zmienić. W zasadzie od samego początku do końca zachowują się tak samo, a każda próba wprowadzenia sceny, która ma ten obraz zmienić, jest niczym innym jak zapychaczem czasu. Na nic emocjonalne wyznania, skoro i tak niczego nie zmieniają. Serial próbuje wyglądać na taki, który chce wprowadzić melancholię poprzez nawiązania do poprzednich sezonów, ale są to tylko nieudolne próby. Brak w tym wszystkim emocji, tak jakby główni bohaterowie doskonale wiedzieli, co się stanie. W tym miejscu pojawia się odcinek finałowy, który w pewien sposób nawet jest w stanie to wytłumaczyć, ale po raz kolejny robi to w bardzo kiepski sposób. Założeniem finału było pokazanie, że istota serialu, czyli czas, niemający swojego początku i końca, może być wyjątkowo elastyczny, jeśli chodzi o to, w co główni bohaterowie wierzą. Fabuła postarała się w tym miejscu o to, żeby udowodnić wszystkim, jak bardzo zostali zmanipulowani już wiele odcinków wcześniej, w poprzednich sezonach. Jest to świetny przykład tego, jak znakomity pomysł może być koncertowo zawalony.

12 Monkeys, sezon 4, recenzja, Syfy

Śmiech przez łzy

„12 Monkeys” od samego początku udowadniało, że jedną z najmocniejszych stron serialu jest nie główna fabuła, ale humor, który zostaje w nią wpleciony. Krótkie sceny mające na celu rozładowanie emocji nadal sprawdzają się w stu procentach. W czwartym sezonie jednak w dwóch momentach scenarzyści pokazali, że nie docenialiśmy ich w tym temacie. Scena, podczas której jedna z bohaterek śpiewa przebój Pink „U + Ur Hand” w sali pełnej nazistów, gdzie nie brakuje też Hitlera, naprawdę bawi, a dodanie „Time of My Life” podczas finałowej potyczki sezonu jest chyba najlepszą sceną humorystyczną całego serialu. „Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przysłoniły nam tych minusów”– i jest to chyba najlepsze podsumowanie czwartego sezonu „12 Monkeys”.

Gra aktorska
4
Zdjęcia
5
Muzyka
7
Scenariusz
6
Czwarty sezon „12 Monkeys” miał bardzo duży potencjał, który został zabity przez zwykłe lenistwo scenarzystów i liczne niedociągnięcia. Całości nie ratuje nawet świetny finał, przez co serial kończy swój żywot bez chwały.
Ocena czytelników
7

Plusy

  • ścieżka dźwiękowa
  • dobry finał
  • żarty sytuacyjne i one linery
  • szósty odcinek

Minusy

  • zmarnowany potencjał
  • bezsensowne uśmiercanie postaci
  • wątki są zamykane na szybko
  • fabuła idzie na zbyt duże skróty
  • pośpiech w opowiadaniu historii

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

12 Monkeys

Serial jest adaptacją filmu o tym samym tytule. Akcja rozgrywa się w postapokaliptycznej przyszłości. James Cole cofa się w czasie, by zniszczyć źródło zarazy, …