Artykuły

Nie da się zaprzeczyć, że „07 zgłoś się” był pewną nową jakością wśród polskich produkcji filmowych. Czerpiąc z najlepszych ówczesnych wzorców, ekipie produkcyjnej udało się zrealizować dzieło, które i dziś potrafi obronić się wśród innych tego typu przedsięwzięć.

Milicjant też człowiek

Dużo napisano i powiedziano o propagandowym wydźwięku serii liczącej w sumie 21 odcinków. Nie ulega wątpliwości, że historia powstania „07 zgłoś się” potwierdza przypuszczenia, że serial mógł mieć agitacyjne zapędy. Scenariusze kolejnych odcinków oparto o serię wydawniczą „Ewa wzywa 07”, która powstała w roku 1968 w celu – jakbyśmy to dziś powiedzieli – ocieplenia wizerunku Milicji Obywatelskiej. Ekranizacja przyświecała podobnemu celowi. Wystarczy zwrócić uwagę na szereg z pozoru drobnych symptomów, by dostrzec ów zamysł propagandowy.

To aparat ma zawsze rację, to aparat nigdy nie pozostawia cienia wątpliwości co do moralnej oceny sytuacji. Porucznik Borewicz pozostaje w ciągłym kontakcie z centralą i w ostatecznym rozrachunku pozostaje jedynie trybem wielkiej maszynerii, która strzeże prawa. Nikt nie może mieć co do tego wątpliwości.

Potęga aparatu

Oprócz codziennej pracy stróżów prawa, widz „07 zgłoś się” powinien zachwycić się także poziomem techniki, jaką dysponowała ówczesna MO. Już w trzecim odcinku („Dziwny wypadek”) widzimy monitoring centrum Warszawy, który służy do ścigania piratów drogowych. Wielokrotnie pokazano spektakularne blokady drogowe i śledzenie uciekinierów z helikoptera. Sam Borewicz także porusza się najnowszymi polskimi samochodami – początkowo Polskim Fiatem 125, potem Polonezem. Bardzo dosłowne w swojej wymowie są te odcinki, w których pojawia się brygada antyterrorystyczna z Okęcia, zresztą z udziałem swojego realnego dowódcy, Dziewulskiego. Druga połowa lat 70. to przecież okres nasilenia terroryzmu samolotowego, nie mogło więc zabraknąć podkreślenia gotowości władz PRL na takie kryzysowe sytuacje. O drobiazgach w rodzaju podsłuchów nie warto nawet wspominać, kilkukrotnie możemy się przekonać na własne oczy o polskiej potędze i w tej dziedzinie. Nawet jeśli wykorzystuje do tego celu zachodnie sprzęty, samo posiadanie aparatury tego rodzaju ma wzbudzać w widzu podziw. I zapewne wzbudzało.

Zbir jest zły

Niezwykle ciekawe – zwłaszcza z punktu widzenia dzisiejszego odbiorcy – jest przedstawienie środowisk przestępczych. To zwykle stereotypowe, wręcz papierowe postaci. Dlatego właśnie już w pierwszych minutach widzimy Borewicza będącego karykaturalnym wręcz przedstawieniem przestępcy tamtych lat. Zarośnięty, rozczochrany, w przykrótkim płaszczu i z najtańszym papierosem w ustach – jest obrazkiem niemalże ikonicznym. Oczywiście, chodzi tutaj o kamuflaż milicjanta działającego pod przykrywką, ale wrażenie pozostaje na dłużej. Tym bardziej, że jest ono wielokrotnie multiplikowane w postaciach czarnych charakterów.

Poza ubiorem – zawsze albo bardzo drogim, albo bardzo tanim – przestępców charakteryzują ksywki, tatuaże i specyficzny język, będący mieszaniną więziennej kminy i lokalnych, głównie warszawskich, odzywek. To dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn z półświatka. Kobiety zresztą to najczęściej prostytutki z drogich lokali, choć trzeba przyznać, że w kilku odcinkach to one stoją na czele przestępczych szajek. Wizerunek tego na poły mitycznego dla zwykłego zjadacza chleba półświatka jest zresztą dość powierzchowny i właściwie płytki. Dzisiejszy widz może mieć trudności z przystosowaniem się do takiego czarno-białego widzenia świata. Jesteśmy przyzwyczajeni do różnicowania postaw, do prób zrozumienia motywów zbrodniarza, niejednokrotnie widzimy zło jako skutek złych warunków społecznych. Niczego takiego nie uświadczymy w śledztwach porucznika Borewicza. W jego świecie obraz jest wyraźny i zawiera jasne przesłania, bez niuansów i półtonów. Z dzisiejszego punktu widzenia to bardzo naiwny obraz, bo przecież trudno traktować poważnie kogoś, na kogo wołają „Coca Cola” czy „Mirafiori”. Jest to jednak interesujący aspekt serialu – z czysto socjologicznego punktu widzenia. Owo zachłyśnięcie się zachodnią kulturą odbija się czkawką i dziś, także w kinematografii, by wspomnieć choćby nieudolne próby kopiowania dokonań Hollywood w tak koszmarnych produkcjach jak „Kac Wawa”.

My name is Borewicz, Sławek Borewicz

Porucznik Borewicz – w tej roli Bronisław Cieślak – to postać daleka od ideału milicjanta z propagandowych obrazków, jakim posługiwano się do czasów drugiej połowy lat 70. Otwarcie na zachodni styl życia, oparty na konsumpcjonizmie dekady rządów Edwarda Gierka, zaważyło także na realizacji serialu milicyjnego. Wykształcony, po kilku latach spędzonych w Londynie, Borewicz nie jest już tylko siermiężnym stróżem prawa o wąskich horyzontach umysłowych. Wszystko w nim zdaje się przeczyć temu, co wiadomo o funkcjonariuszach MO z ówczesnych mediów.

Skąpe informacje o jego życiu przed momentem, w którym go poznajemy, da się wyłuskać z kilku scen, rozrzuconych po wielu odcinkach. Z „Brudnej sprawy” dowiadujemy się, że w 1947 roku spędził pół roku w domu dziecka, po śmierci ojca, który „uczył milicjantów, czym jest prawo karne, mimo iż nie wszyscy z nich umieli wówczas czytać”. Matka zmarła przy porodzie. W pierwszych minutach „Dlaczego pan zabił moją mamę” słyszymy o bokserskiej przeszłości milicjanta, a w końcowej partii tego samego odcinka dostajemy dowód na znajomość języka angielskiego, kiedy to Borewicz rozmawia z Włochem.

W gruncie rzeczy o głównym bohaterze wiemy jednak niewiele. Przez cały czas pozostaje kawalerem, ba – playboyem właściwie, co niekiedy nie znajduje zrozumienia u jego współpracowników i przełożonych. W miarę rozwoju serialu, który realizowano na przestrzeni dekady, coraz bardziej widać owo luzowanie sztywnego gorsetu poprawnego wizerunku milicjanta. Używa Old Spice'a, chodzi w amerykańskiej kurtce z demobilu – niczym ówczesny opozycjonista, często opowiada „nieprawomyślne” dowcipy o milicjantach. W całości jest jednak produktem systemu, który go stworzył, nigdy nie przekraczając ram narzuconych przez władzę. Jego „wyskoki” – jak określa je major Wołczyk, bezpośredni przełożony Borewicza – ograniczają się do bójek w nocnych lokalach

Głupi i głupszy

Zgodnie z dawno ustalonym kanonem literatury kryminalnej, detektyw musi mieć pomocnika. To stwierdzenie prawdziwe także w odniesieniu do serialu kryminalnego. Właściwie każdy z detektywów miał swojego współpracownika.

Porucznikowi Borewiczowi towarzyszy początkowo porucznik Zubek, odgrywany przez Zdzisława Kozienia. To milicjant starej daty, nierozumiejący ani nowych czasów, ani nowych metod pracy śledczej. Często myśli wąsko, nie pojmuje poczynań Borewicza. Dla niego liczy się dyscyplina, zamykanie wszystkich podejrzanych w areszcie, „przyciskanie” zamieszanych w sprawę. Ma rodzinę i wyznaje konserwatywne wartości, co widać zwłaszcza w potępiających kawalerskie życie partnera uwagach. Nie wzbudza wielkiej sympatii u widza, ale taka jest zapewne jego rola. Słabiej wykształcony, niechętny nowinkom, tworzy postać życiowego safanduły, który zyskuje współczucie widzów tylko wówczas, gdy w odcinku „Złoty kielich z rubinami” zostaje posądzony o zabójstwo jednego ze świadków.

Po przejściu porucznika Zubka na emeryturę, nowym partnerem Borewicza zostaje porucznik Jaszczuk. Jest on przedstawiony jako siostrzeniec Zubka, z którym powinowactwo duchowe widać nawet w sposobie zarysowania postaci. Jaszczuk to młody oficer z tak zwanego społecznego awansu. Mimo młodego wieku ma poglądy konserwatywne, nie jest zwolennikiem nowych technik śledczych, wielokrotnie potępia też prywatne życie Borewicza. Trudno nie odnieść wrażenia, że – podobnie jak Zubek – ma być postacią kontrastową, na której tle jeszcze jaśniej ma świecić gwiazda nowoczesnego milicjanta Borewicza.

Milicjant policjantem

W miarę upływu lat serial coraz wyraźniej czerpie z zachodnich wzorców. Pojawia się amerykańska mafia (i amerykański policjant, rzecz jasna polskiego pochodzenia), międzynarodowy handel narkotykami czy profesjonalny płatny zabójca. W warstwie ideologicznej niewiele się jednak zmienia. Nadal to milicjant jest częścią władzy i – nawet jeśli targają nim wątpliwości – zawsze znajduje oparcie w systemie. Nadal przestępcy odbijani są według klisz zaczerpniętych z kronik kryminalnych: dewizowe prostytutki, przestępstwa gospodarcze, gangi, w których inteligent stoi na czele bandy zbirów. Na ekranie pojawiają się czasem dosłowne analogie do rzeczywistości – jak seryjny zabójca kobiet, od razu kojarzący się ze słynnym Wampirem z Bytowa – jednak nawet wtedy pointą całego dochodzenia jest sukces MO i zapewnienie obywateli o wypełnianiu przez jej funkcjonariuszy misji służenia ludności.

„07 zgłoś się” to zatem serial do szpiku propagandowy, nawet jeśli owe cele pozostają w ukryciu. Nie stają się przez to mniej groźne, wręcz przeciwnie – usypiając czujność widza, czynią go tym bardziej podatnym na przyswojenie przekazu zamierzonego w gabinetach ludzi odpowiedzialnych za budowanie wizerunku władzy ludowej.

Czy zatem warto dziś poświęcać swój czas dla towarzyszenia porucznikowi Borewiczowi w jego pracy? Mimo wszystko odpowiedź musi być twierdząca. Serial ten stał się bowiem swoistym dokumentem czasów, w których podział na dobrych i złych był jeszcze dostrzegalny na pierwszy rzut oka, a oglądane dziś ówczesne realia społeczne są w pewnym sensie obrazami świata, którego już nie ma. Z całą pewnością w ponowoczesnym świecie braku pewności, wyraźny kontrast walki pomiędzy dobrem a złem może pomóc w osiągnięciu choćby chwilowego wytchnienia. Kontrast dobra ze złem jest figurą przemawiającą do wyobraźni dzisiejszego widza, a sztafaż peerelowskiego świata jedynie dodaje całości uroku. Zanurzenie się w śledztwach porucznika Borewicza to dobry sposób na to, by poznać klasykę polskiego serialu kryminalnego w jego najlepszym wydaniu.

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.