2
Artykuły

Macie czasem ochotę rzucić wszystko i zamieszkać w głuchej dziczy? Odciąć się od tego, co znacie, żyć w małej społeczności, a każdego dnia cieszyć się czystym powietrzem i monumentalnymi krajobrazami? Co prawda nie taki scenariusz przewidział dla siebie Joe Fleischman – główny bohater serialu „Przystanek Alaska” („Northern Exposure”) – ale wskutek pewnych wydarzeń zamieszkał w małym miasteczku Cicely na Alasce i chyba wyszło mu to na dobre!

„Northern Exposure” wszedł na ekrany amerykańskiej telewizji w roku 1990 i emitowany był do roku 1995. Całość składała się z sześciu serii, razem 110 odcinków (liczba epizodów w poszczególnych sezonach jest zróżnicowana). W Polsce, podobnie jak w USA, cieszył się ogromną popularnością, obrósł wręcz w kult. Początkowo nic nie wróżyło tak dużego sukcesu, gdyż serial nie reprezentował żadnego z popularnych gatunków telewizyjnych. Widzowie pierwszy odcinek przyjęli dość chłodno, stacja CBS zdecydowała się na dwie, krótkie serie. Jednak wiele czynników sprawiło, że pokochały go miliony ludzi na świecie. Może dlatego, że od samego początku w dobry nastrój wprawiał ich łoś – bohater czołówki, beztrosko przechadzający się główną ulicą Cicely. 

Protagonistą serialu jest Joe Fleischman, absolwent medycyny z Nowego Jorku, którego studia opłacił stan Alaska. W związku z tym przybywa do Cicely, aby odpracować swój dług. Nie spodziewa się jednak, że miejsce, do którego trafi, będzie zamieszkiwało zaledwie 839 osób i daleko mu będzie do komfortowych warunków Wielkiego Jabłka. Doktor Fleischman zderza się nie tylko ze znacznie mniej zaawansowanym cywilizacyjnie miejscem, ale również odmiennym, bardziej swobodnym spojrzeniem na życie. Odcięty od swoich przyzwyczajeń i rozrywek, zaczyna doceniać ich wartość i czerpać przyjemność z codziennych doświadczeń (w jednym z odcinków sprowadza z Nowego Jorku pudło swoich ulubionych bajgli).

Proste prawdy życiowe, przemyślenia dotyczące podstaw natury ludzkiej – miłości, wiary w drugiego człowieka i śmierci – przekazywane są widzowi w nienachalny sposób. Naturalny cykl życia jawi się jako coś nieuniknionego, ale też przewidywalnego i zrozumiałego. Mieszkańcy Cicely akceptują bieg wydarzeń i nie poddają w wątpliwość sensu swojego życia. Daleko im do nihilizmu i zobojętnienia. Co więcej, nawet pompatyczne i wzniosłe chwile przyjmują z uśmiechem i dystansem.

Kultura i natura

„Northern Exposure” mógłby być serialem o naturalizmie człowieka odseparowanego od cywilizacji, którego przemienia dzika i nieokiełznana przyroda. Tymczasem, choć bez owijania w bawełnę, rozmawia się o polowaniach i przewadze natury nad człowiekiem, nie brakuje poezji oraz odwołań do wielkich dzieł literackich i filozoficznych. Mieszkańcy Cicely przyjmują piękno słowa pisanego z taką samą pokorą i zainteresowaniem, jak dzikość natury, z którą obcują każdego dnia. Motorem i siłą napędową wolnomyślicielstwa jest DJ lokalnego radia, Chris Stevens – filozof i humanista, a przy tym bardzo przystojny mężczyzna, skłaniający do codziennych refleksji w swoim programie „Chris o poranku” (marzę o tym, żeby z takimi audycjami zaczynać każdy dzień!). Z drugiej strony, mieszkańcy Cicely poddają się rytmowi nadawanemu przez naturę. Silnie oddziałują na nich fazy księżyca, pękające lody i zmieniające się pory roku. Zwinnie balansują między naturą a kulturą i to właśnie świadczy o ich człowieczeństwie.

Mieszkańcy Cicely

W Cicely po prostu się żyje. Choć liczba jego mieszkańców jest naprawdę mała, nie brakuje tu wyrazistych osobowości. Ludzi szczerych, oddanych lokalnej społeczności i cieszących się każdą chwilą. Nie są przy tym pozbawieni uroku i inteligencji. Miasteczko nie jest też senne i opustoszałe. Choć Cicely jest dziurą zabitą dechami, to poprzez mniejszy lub większy przypadek ciągle pojawia się ktoś nowy, kto wnosi powiew świeżości i staje się oknem na świat. Czasem można odnieść wrażenie, że jest to obowiązkowy przystanek dla każdego obieżyświata.

Fascynacja kinem

W serialu odnajdziemy elementy realizmu magicznego, nie często goszczącego na ekranach. Do tego nie brakuje w nim absurdalnego humoru, inteligentnego żartu i motywów onirycznych. Fabułę serialu przeplatają sny jego bohaterów, wizualizacje marzeń i… fragmenty filmów. Głównym sprawcą takiej narracji jest półkrwi Indianin zafascynowany filmem, marzący o byciu reżyserem – Ed Chigliak. Celowo nie napisałam, że marzy o karierze filmowca. Ed żyje ruchomymi obrazami i zgrabnie wplata je w życiorysy mieszkańców Cicely. Podobnie jak on, miłośniczką kinematografii jest Ruth-Anne, właścicielka jedynego sklepu w mieście, gdzie znaleźć można „mydło i powidło”. Ta para zapaleńców udowadnia nie tylko to, że pasje stoją ponad podziałami etnicznymi i wiekowymi, ale również, że można je realizować w każdych warunkach, niezależnie od tego, czy mieszka się w Hollywood, czy Cicely (Ed prowadzi ożywioną korespondencję z najbardziej wpływowymi reżyserami na świecie).

Lata 90., z choćby stojącym wtedy na czele, debiutującym „Twin Peaks”, mogą kojarzyć się z historiami o przeciętnych miasteczkach, w których dochodzi do niespodziewanej zbrodni. Znamy wiele tytułów o spokojnych i przewidywalnych miejscach, gdzie pod płaszczykiem zwyczajności ukryte są grzechy ich mieszkańców i mroczne sekrety. Cicely takie nie jest. Zamieszkują go ludzie mający swoje tajemnice, ale nie pochodzą one z koszmarnego snu. Wręcz przeciwnie. Z czasem dowiadujemy się o niezwykłej przeszłości tych ludzi, ich wyjątkowych umiejętnościach i bogatym życiu duchowym. Zaskakują nas pozytywnie na każdym kroku, daleko im do narcystycznej autoprezentacji i pychy. Nie chwalą się swoimi przymiotami, nie obnoszą z bogatym doświadczeniem (Adam – podejrzewany o bycie lokalną „Wielką Stopą” – okazuje się cenionym na świecie kucharzem). Są jak drogocenne klejnoty schowane w alaskańskiej dziczy. Wkraczający w ich świat doktor Fleischman początkowo jest przekonany o swojej wyższości, wydaje mu się, że góruje nad tutejszymi współmieszkańcami. Z czasem zauważa ich nieprzeciętność i zaczyna pobierać od nich bezcenne lekcje. To chyba jeden z najważniejszych przekazów serialu – zawsze możemy się czegoś nauczyć od drugiego człowieka, pod warunkiem, że będziemy chcieli go poznać.

„Northern Exposure” a współczesność

Łatwo zatopić się tu w melancholii i nostalgii przedstawionego świata, będącymi wabikiem na współczesnego widza. To powrót do czasu bez telefonów komórkowych (podczas którego, o dziwo, wszystko można było załatwić), wypożyczalni kaset VHS oraz gazet dla panów spod lady. Widzimy wszystko, co najlepsze z początku lat 90., w wersji lokalnej, bez nadmiernego przesytu.

Współczesnego widza może nieco zniechęcić prostota realizacyjna serialu. Wiele scen wywołuje uśmieszek i wrażenie sztuczności. Często gra aktorska jest przerysowana, wręcz trąci manieryzmem. Z perspektywy czasu słabo też prezentują się niektóre sceny wymagające efektów specjalnych. Może też zaskoczyć brak poprawności politycznej, choć wyrażane przez bohaterów poglądy nie są bardzo nachalne. Osobiście nie przepadam za ironicznym stosunkiem do feminizmu reprezentowanego przez główną bohaterkę kobiecą – Maggie. Podejrzewam, że klątwa O’Connell (polegająca na tym, że wszyscy związani z Maggie mężczyźni umierają w nietypowych okolicznościach) jest rzucona na nią ze względu na jej mocno niekobiecy wizerunek i stanowi dosłowne odrzucenie standardowej roli kobiecej. Nie bardzo podoba mi się też seksistowskie, nieco przedmiotowe traktowanie Shelly przez jej partnera – 40 lat starszego Hollinga. Choć jest wobec niej opiekuńczy i troskliwy, to nie ukrywa, że interesuje go głównie jej osiemnastoletnie ciało. Miłość, wbrew zarysowanemu przeze mnie lukrowanemu obrazowi Cicely, nie jest łatwym tematem. Co prawda większość mieszkańców żyje w satysfakcjonujących związkach, jednak zwykle są one dość burzliwe i niestandardowe.

Warto również podkreślić znaczenie metafizycznego wątku Indian, jednego z moich ulubionych w serialu. Są oni rdzennymi mieszkańcami tych terenów i rozumieją go najlepiej. Ich duchy krążą między żyjącymi „tu i teraz” mieszkańcami. Potrafią porozumiewać się z przyrodą, a także nie dziwią się nikomu i niczemu. Fascynowała mnie spirytualistyczna jedność Indian z naturą i swoim plemieniem oraz ich bezbrzeżny spokój.

Życie w Cicely jest marzeniem każdego człowieka zmęczonego wyścigiem szczurów, bezdusznością prawa i wielkomiejskimi ograniczeniami. Tam oddycha się swobodnie – nie tylko za sprawą krystalicznie czystego powietrza, ale także wewnętrznego poczucia swobody i wolności.

Serial odcisnął swoje piętno także na polskiej kulturze. Do jego tytułu nawiązuje nazwa dobrze wszystkim znanego festiwalu „Przystanek Woodstock” oraz cyklu spotkań artystyczno-ekologicznych „Przystanek Olecko”. Świadczą one nie tylko o popularności serialu, ale również o potrzebie zbudowania przyjaznej społeczności, w której ludzie uczą się od siebie nawzajem i dzielą niezwykłymi doświadczeniami, którzy różnią się od siebie, ale są świadomi, że każdemu z nas należy się czasem taki PRZYSTANEK.

Komentarze

(2)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Michał Ziaja
    Michał Ziaja
    @michax

    Świetny serial co nic nie zestarzał się, sprawdzałem kilka lat temu. Jeden z moich ulubionych obok Twin Peaks, XF.

Powiązane