Artykuły

Już dwa lata nasz portal i nasi redaktorzy są z wami, żeby dzielić się wrażeniami z nowości serialowych, dostarczać kolejnych informacji, ale też analizować ciekawe tematy związane z poszczególnymi produkcjami. Z tej okazji postanowiliśmy po raz kolejny dać się wam trochę lepiej poznać. Już wiecie od jakich produkcji zaczęła się nasza długoletnia przygoda – teraz podzielimy się naszymi sekretami. Co lubimy oglądać i nie mówimy o tym zbyt głośno? Oto nasze seriale typu guilty pleasure.

Julia Deja

Pretty Little Liars, Słodkie kłamstewka, serial

Przygotowując się do wpisu do tego artykułu, doszłam do wniosku, że trochę tych seriali guilty pleasure w moim życiu było – choć nie do końca. Raczej nie mam większego problemu z dzieleniem się tym, co aktualnie oglądam i co myślę na ten temat. Nie wstydzę się przyznać, że pochłaniam kolejne odcinki czegoś, co obiektywnie jest uważane za kiepskie. Ba, sama jestem tego świadoma, a mimo to oglądam dalej, bo jednak czerpię z tego przyjemność. Jednym z takich tytułów chyba już zawsze będzie dla mnie „Pretty Little Liars”. Co prawda ostatnie sezony nawet moją cierpliwość wystawiały na ogromną próbę, jednak do pierwszych lubię nadal wracać. Całkiem prawdopodobne, że chodzi tutaj o sentyment, bo PLL – obok „The Vampire Diaries” – było jednym z seriali, od których zaczęło się u mnie nałogowe oglądanie. Wciągałam w to znajomych i szalałam na punkcie przygód Hanny, Emily, Arii i Spencer. Całość, zwłaszcza po latach, jawi mi się jako bardzo banalna, infantylna, nielogiczna i przekoloryzowana historia, ale i tak wciąż czuję sympatię. Kiedy nie mogłyśmy obejrzeć wspólnie z przyjaciółką nowego odcinka, umawiałyśmy się na Gadu-Gadu (tak, jestem z ery gg) i odpalałyśmy epizod jednocześnie, żeby na bieżąco komentować na czacie. Z „Pretty Little Liars” mam więcej takich drobnych, ale cudownych wspomnień – dlatego zawsze ten tytuł będzie w jakiś sposób dla mnie ważny.

Adrian Kazanowski

arrow, guilty pleasure

Przyznam, że nieraz zdarzyło mi się odpuścić serial, po tym jak stwierdziłem, że nie reprezentuje już sobą tego, co reprezentował w poprzednich sezonach czy odcinkach. Inaczej jednak jest w przypadku „Arrow”, który oglądam od kilku lat pomimo świadomości, że prawdopodobnie wiele rzeczy, które sprawiały, że pierwsze sezony produkcji oglądało się w zasadzie z zapartym tchem, już nie wróci w finalnych odcinkach. Wielokrotnie sam narzekałem na to, co stało się z tym serialem, czy to przez wprowadzenie wątków nadprzyrodzonych mocy, czy przeładowanie serialu przemowami pełnymi patosu. Wielokrotnie też spotkałem się w internecie ze zdziwieniem czy wręcz oburzeniem, że ktoś to jeszcze ma siłę oglądać. Często poddawałem w wątpliwość, czy nie marnuję swojego czasu na oglądanie „Arrow”, szczególnie gdy trafił się gorszy epizod. Pomimo przerw między oglądaniem kolejnych odcinków nigdy jednak nie zrezygnowałem ze śledzenia losów Zielonej Strzały. Głównie dlatego, że pomimo tych wszystkich „bubli” bardzo dobrze odnajduję się w tym świecie. Jest to w zasadzie pierwszy tytuł, który pokazał mi, że produkcje superbohaterskie to nie tylko kino, ale także seriale. To na sukcesie pierwszych odsłon „Arrow” wyrosły kolejne dzieła. Ale co chyba najważniejsze, postacie zawsze wydawały mi się najbardziej ludzkie, na pewno przez to, że twórcy początkowo nie ryzykowali przy tworzeniu świata, tworząc bohaterów, których da się lubić i mimo kiepskiego scenariusza wciąż chce się wiedzieć, co się wydarzy. A przynajmniej ja chcę wiedzieć – a to chyba najważniejsze w przypadku guilty pleasure.

Paweł Marek

the walking dead, guilty pleasure

Seriale zawsze były obecne w moim życiu i od samego początku staram się bez pardonu eliminować z życia produkcje, które mi się nie podobają. Mam to szczęście, że nie czuję potrzeby obejrzenia czegoś do końca, jeśli mnie nie zainteresuje po trzech odcinkach. Oczywiście są od tego wyjątki, ale pojawiające się wyjątkowo sporadycznie. Jest za to jeden serial, który stał się moim prywatnym nemezis i od dobrych kilku lat toczę z nim nierówną walkę: „The Walking Dead”. Początkowo produkcja AMC była objawieniem świata telewizji, trzymając naprawdę wysoki poziom, doskonale oddając emocje i wydarzenia z komiksowego pierwowzoru. Gdzieś w okolicach piątego sezonu coś się jednak popsuło, i to bardzo. Od dłuższego czasu oglądanie „The Walking Dead” to straszliwa męczarnia, która momentami przybiera karykaturalne formy, zmuszając mnie niejednokrotnie do przemęczenia jednego odcinka przez 3 godziny, bo bez pauzy się nie obejdzie. Wstydzę się mojej słabości do tego serialu, ale w tej chwili moje przywiązanie do niego to już tylko sentyment. Jestem z „The Walking Dead” od emisji premierowego odcinka, która miała miejsce prawie dziesięć lat temu, i trochę głupio mi rzucić cały ten czas w cholerę. Poprzednia seria zanotowała niespodziewany skok jakościowy, ale 10. sezon znów zaczyna mi przypominać, dlaczego jest to moje guilty pleasure.

Zuzanna Włodarkiewicz

13 reasons why, guilty pleasure

Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego wciąż oglądam „13 Reasons Why”. Przed rozpoczęciem przygody z tym serialem przeczytałam książkę i już wtedy uważałam, że fabuła jest bardzo przeciętna, ale pomysł dobry i warty uwagi. Dlatego postanowiłam wziąć się za serial. Podczas oglądania pierwszego sezonu uznałam, że jest lepszy niż pierwowzór. Nadal nie zgadzałam się z główną bohaterką, ale mimo wszystko tkwiłam w tym świecie. Potem dowiedziałam się, że będzie drugi, trzeci, a nawet czwarty sezon. Dalej oglądałam już tylko z ciekawości.

Istnieje kilka prawdopodobnych powodów (ale nie trzynaście), dlaczego nadal to oglądam. Po pierwsze muzyka. Co jak co, ale ścieżka dźwiękowa wyszła twórcom genialnie i dzięki „13 Reasons Why” mogę poznawać nowe utwory i zespoły. Drugi powód: lubię popatrzeć na stylizacje serialowych dziewczyn. Może się to wydać płytkie, ale po prostu lubię. Trzeci, a zarazem ostatni powód to… chcę wiedzieć, co twórcy tym razem wymyślili i pośmiać się z absurdów, które powstają w tym serialu.

Śmiało mogę nazwać tę produkcję moim guilty pleasure, jednak nie odczuwam z niej żadnej przyjemności. Ja tylko to komentuję i rozmawiam z osobami, które mają takie samo zdanie jak ja. Pierwszy sezon był ok, po prostu ok. To, co dalej się dzieje, cóż – twórcy się pogubili i odczuwają chęć mieszania jeszcze bardziej. Szkoda, że to ma wzbudzić jedynie kontrowersję, a nie nagłaśniać dany problem.

Kacper Jurkiewicz

power rangers, guilty pleasure

Oglądam mnóstwo seriali i chyba wiele z nich można byłoby podpiąć pod guilty pleasure. Zdecydowanie należy do nich „Riverdale”, które mimo bezsensowności przyciąga mnie do siebie i nie potrafię sobie odmówić kolejnego odcinka. Podobnie mam z „Dynasty”, gdzie poziom intryg jest często żenujący. Sam nie wiem, co trzyma mnie przy tym serialu, jednak również nie umiem sobie go odpuścić. A to, że obsada stale się zmienia, chyba dobrze o „Dynasty” nie świadczy. Serialem, który pociągnąłem do końca z sentymentu, jest „Pretty Little Liars”, od trzeciego sezonu poziom mocno spadł i cały czas chciało się uderzyć głową w czoło, widząc głupotę bohaterek. Wytrwałem, przeżyłem, trochę żałuję. Oglądam też seriale Arrowverse. Moim zdaniem tylko „Legends of Tomorrow” i „Supergirl” trzymają jeszcze poziom (choć podoba mi się nowa „Batwoman”), jednak to, że poświęciłem już im tyle czasu, nie pozwala mi ich odpuścić. Od czasu do czasu puszczam sobie także jakiś odcinek z pierwszych sezonów „Power Rangers” – i to jest chyba moje największe guilty pleasure.

 

Remik Wyrostek

the vampire diaries, guilty pleasure

Każdy na swoim koncie ma jakieś przewinienia, chociażby i te serialomaniakowe. Zapytacie, jaki jest mój największy grzech serialowy. Z przyjemnością wam o nim opowiem! Na wstępie muszę szczerze przyznać, że aktualnie nie mam w zwyczaju oglądać produkcji guilty pleasure, ponieważ staram się nie marnować czasu, toteż poświęcam go tylko i wyłącznie produkcjom oryginalnym i nieszablonowym. Natomiast kiedy zaczynałem swoją serialową przygodę, obejrzałem wiele tytułów, których jakość była co najmniej wątpliwa. Uważam, że moim największym serialowym przewinieniem było obejrzenie wszystkich sezonów „The Vampire Diaries”. W momencie, kiedy serial Julie Pelc debiutował, byłem w szóstej klasie szkoły podstawowej, więc niedziwnym jest, że w tamtym momencie TVD wydawał mi się najlepszą produkcją telewizyjną, jaką kiedykolwiek emitowano. Wraz z kolejnymi seriami „Pamiętników wampirów” zacząłem dojrzewać, a serial przestał mnie interesować, jest to jednak guilty pleasure, które najmilej wspominam.

Monika Kujawa

legends of tomorrow, guilty pleasure

Początkowo miałam pewien problem ze wskazaniem produkcji, którą mogłabym uznać za swoje guilty pleasure, do czasu gdy przypomniałam sobie o serialu idealnie do tego pasującym. Jest do „DC’s Legends of Tomorrow”, czyli część serialowego świata Arrowverse, do której rozpoczęcia miałam aż dwa podejścia, początkowo rzucając serial w okolicach szóstego odcinka. Historia rozpoczyna się dość nudno, zbierając grupę bohaterów/złoczyńców i tworząc z nich drużynę; jej zadaniem jest zapobiegnięcie zmianom w czasie, które mogłyby doprowadzić do tragicznych wydarzeń. Czy jednak warto było go nadrobić i przemęczyć się przez dwa początkowe sezony, które nie należą do zbyt wciągających? Zdecydowanie tak! Wszystko jak dla mnie sprowadza się do jednej, prostej kwestii – twórcy od trzeciej serii nauczyli się wykorzystywać kicz, z którego stworzony jest ten serial i świetnie nim operować. Co mam na myśli mówiąc o kiczu? Elementy tak odjechane, że w każdej innej produkcji prawdopodobnie by mnie tylko zażenowały – coś jak pokonywanie złego demona za pomocą… gigantycznego gadającego pluszaka. Takie rzeczy są tu na porządku dziennym, a ja cieszę się na każdy nowy odcinek, wiedząc jednocześnie, że w żadnym innym wypadku nie powinnam być tak zafascynowana tym zlepkiem średniej gry aktorskiej, słabych efektów specjalnych i często beznadziejnej fabuły. Chcecie obejrzeć najlepsze, co Arrowverse ma do zaoferowania? To zostawcie tych wszystkich pojedynczych obrońców i rozpocznijcie zabawę z Legendami, by w pewnym momencie móc delektować się produkcją tak złą, że aż dobrą.

Alicja Brajner

13 reasons why, guilty pleasure

Powiem szczerze, że miałam ogromny problem, żeby wymyślić serial, który pełni u mnie rolę guilty pleasure. Zwykle, gdy coś przestaje mi się podobać, nie kontynuuję oglądania. Dlatego postanowiłam podejść do tematu z nieco innej perspektywy. Chodzi o serial, który z sezonu na sezon podoba mi się coraz bardziej, mimo że w rankingach jego oceny lecą w dół na łeb i na szyję. Mowa o „13 Reasons Why”. Muszę przyznać, że produkcję tę polubiłam tak naprawdę dopiero w dwóch najnowszych sezonach i wbrew opinii większości widzów (że te nie powinny powstać) jestem nimi prawdziwie zachwycona. W pierwszej części mogło to być faktycznie moje guilty pleasure w klasycznym pojmowaniu tego zjawiska, ponieważ Hannah Baker była jedną z najbardziej irytujących bohaterek serialowych, a przecież sezon był w zasadzie głównie jej historią. Kolejne epizody zaś wciągnęły mnie na tyle mocno i okazały się być naprawdę emocjonujące, że nie mogę się doczekać następnej odsłony.

Serial w tym momencie nie wywołuje we mnie poczucia winy, gdy go oglądam. Pojawia się ono, dopiero gdy poinformuję kogoś o mojej miłości do produkcji i zobaczę pełen zdziwienia i czasami zniesmaczenia wzrok –wtedy pojawia się wspomniane uczucie. Z tego powodu „guilty” determinowane jest bardziej przez społeczeństwo niż moje wnętrze, z kolei „pleasure” jest czymś, co niewątpliwie odczuwam, oglądając „13 Reasons Why”.

Adriana Musielak

awkward., guilty pleasure

Jestem winna oglądaniu okropnych produkcji od MTV, z których normalnie wszyscy się śmieją i oglądają tylko po to, żeby załamywać ręce nad tym, jakie są głupie. Przez wiele lat z zatrważającą regularnością włączałam każdy kolejny odcinek „Awkward.” i czerpałam z każdego wielką radość. Te absurdalne dramy, niekończące się miłosne trójkąty, poganiane przez dylematy, którymi zawracać sobie mogą głowę tylko bohaterowie seriali, były wprost hipnotyzujące. Samo oglądanie tego typu produkcji nie jest moim największym grzechem, a doszukiwanie się w nich zalet i naciąganie ich do tego stopnia, że w mojej głowie prezentują się jako całkiem dobre.

Myślę, że do tego samego worka mogę wrzucić „Finding Carter”, którego jakości fabuły broniłam do samej kasacji mimo niekończących się absurdów. Tak, byłam zaślepiona piękną obsadą i przystojnymi obiektami uczuć głównych bohaterek, więc zupełnie nie dostrzegałam ich głupoty. Jednak jest coś ciekawego w obserwowaniu zachowań nastolatek z amerykańskich szkół, które tak bardzo różnią się od naszych. Ma widz świadomość, że to zupełnie inna bajka, a jednocześnie próbujemy się z tymi wszystkimi postaciami identyfikować i czasami marzy się w życiu taka drama jak z serialu. Przyznaję się do oglądania tych okropnych produkcji, ale drugi raz bym się nie zdecydowałabym się na nie. 

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Artykuły

Pierwsze urodziny Serialomaniak.pl

Maja Chmielewska Moja prawdziwa, świadoma przygoda z serialami zaczęła się, jak miałam 12 lat (nie liczę tysiąca obejrzanych z babcią odcinków „Mody na sukces”). …