Artykuły

Serialowy świat, podobnie jak cała współczesna popkultura, na brak antybohaterów nie może narzekać. Wręcz przeciwnie – w ciągu ostatnich lat cierpimy na klęskę urodzaju.

Kim jest ów antybohater? Według słownikowych definicji jest to postać, która nie posiada cech bohatera lub posiada je w niewielkim stopniu. Jednak granice między antybohaterem, antagonistą czy czarnym charakterem są niezwykle cienkie i na dobrą sprawę nie o tym traktuje poniższy tekst. Na jego potrzeby proponuję więc własną roboczą definicję antybohatera. Otóż jest to postać jednocześnie dobra i zła, moralnie niejednoznaczna, enigmatyczna i pociągająca w swej nieprzewidywalności. Krótko mówiąc: jest to bohater pełen sprzeczności – taki, którego jednocześnie kochamy i nienawidzimy, taki, za którego dalibyśmy się pokroić i którego przy najbliższej okazji gotowi jesteśmy poćwiartować własnymi rękoma. Kinowa moda na hiperrealizm przeniosła się na srebrny ekran i zamieszkała w naszych sercach właśnie w takim wcieleniu.

 

Gdyby życie było filmem, czy antybohaterem nie byłby każdy z nas? Być może właśnie dlatego ten sposób kreowania postaci jest dla nas tak pociągający. Jest przecież zwierciadłem, w którym możemy się przyjrzeć wszystkim naszym słabościom i demonom, zamieszkującym najmroczniejsze zakamarki naszych umysłów. Poniżej przedstawiam wam zestawienie pięciu antybohaterów zasługujących na uwagę każdego serialomaniaka.

 

5. Dexter Morgan (Michael C. Hall), „Dexter”



W świecie „Blade Runnera” Dexter zapewne miałby problemy w zaliczeniu testu Voighta-Kampffa i niczym Robert De Niro w „Jackie Brown” mógłby zostać odesłany na wcześniejszą emeryturę przy użyciu broni palnej. Postać wykreowana w literackim pierwowzorze przez Jeffa Lindsaya to z pozoru przykładny obywatel wiodący szczęśliwe życie w słonecznym Miami. Gdy jednak przyjrzymy mu się bliżej, okazuje się, że to wilk w owczej skórze. Za dnia nieskazitelny pracownik, życzliwy kolega i kochający brat, w nocy natomiast – pozbawiony empatii i jakichkolwiek ludzkich odruchów seryjny morderca. Potrzebę zabijania nazywa Mrocznym Pasażerem, prasowe relacje ze zbrodni recenzjami swoich występów, a ofiary – towarzyszami zabaw. Brzmi jak idealny przepis na czarny charakter? Otóż niekoniecznie. Dexter to jedyny w swoim rodzaju, sympatyczny morderca zabijający wyłącznie swoich kolegów po fachu, czy może raczej konkurentów, którzy – podobnie tak jak on – mają problem z przestrzeganiem piątego przykazania.

Michael C. Hall wykreował niezwykle skomplikowaną, złożoną i przede wszystkim kontrowersyjną postać, która postanawia ukierunkować drzemiące w sobie zło, nawiązując w ten sposób dialog z poczuciem sprawiedliwości widza. Dla jednych będzie to zabawa moralnością, która zaciera granicę między dobrem a złem, dla innych natomiast – swego rodzaju katharsis pozwalające na wyzwolenie tego małego, cichego, żądnego krwi mordercy, mieszkającego w każdym z nas. Seans „Dextera” jest jak wyprowadzanie na spacer naszego Mrocznego Pasażera, podczas gdy główny bohater spuszcza go ze smyczy i pozwala polować niczym rasowy drapieżnik. Rust Cohle zwykł mawiać, że być może świat potrzebuje złych ludzi, by mogli go chronić przed tymi jeszcze gorszymi. Najpewniej właśnie w tym zaklęty jest sekret sukcesu „Dextera”.

4. Lenny Belardo (Jude Law), „The Young Pope”



W nieco nudnym już gąszczu kolejnych klonów Hanka Moody’ego reżyser Paolo Sorrentino postanowił pójść na przekór i ubrać stworzonego przez siebie antybohatera w papieskie szaty. Decyzja to co najmniej odważna, zważywszy na fakt, że akcja „The Young Pope” nie rozgrywa się w epoce rodziny Borgiów, a współcześnie. Sam Lenny Belardo natomiast to bohater pozornie odpychający, niezwykle pyszny, despotyczny i chwilami zwyczajnie nieznośny. Pius XIII w jego wykonaniu to zupełne przeciwieństwo otwartości i miłosierdzia. Lenny rozpoczyna swój pontyfikat twardą ręką, praktycznie całkowicie zamykając się na wiernych, wygłasza swoje kontrowersyjne poglądy i zapowiada kontrolę totalną. Za nic sobie ma tajemnicę spowiedzi, a na dodatek wyrzeka się wiary w Boga.

Na pierwszy rzut oka wydaje się być kompletnym szaleńcem, który jakimś cudem został głową Stolicy Apostolskiej. Pod starannie utkaną podszewką ignoranta i despoty skrywa się jednak samotny, wrażliwy i niezwykle zagubiony człowiek, który w głębi duszy wciąż nosi w sobie skrzywdzonego, porzuconego chłopca. Na nic zdałby się jednak świetny, nieco kontrowersyjny scenariusz oraz w pełni autorska artystyczna wizja Paolo Sorrentino, gdyby nie odtwórca głównej roli. Jude Law jako Lenny Belardo jest bowiem bezbłędny. Któż inny byłby w stanie lepiej oddać enigmatyczność i złożoność tego niezwykłego antybohatera, jeśli nie nadworny amant Hollywood, który – mogłoby się wydawać – pasuje mu do tej roli niczym pięść do nosa? Bez wątpienia nadszedł czas, by Piotr Adamczyk abdykował, mamy bowiem nowego papieża.

3. Walter White (Bryan Cranston), „Breaking Bad”



Nudny nauczyciel chemii, niespełniony naukowiec, niegdyś człowiek o wielkich ambicjach, wciąż jednak zatrzaśnięty w przedsionku własnego życia. Oto Walter White, którego poznajemy na początku przygody z „Breaking Bad” i który z pewnością inaczej wyobrażał sobie swój los. Wierzył zapewne, że został stworzony do rzeczy wielkich, jednak przepustką do nich stał się dla niego dopiero nieodwołalny wyrok śmierci. To właśnie poczucie nieuchronnego, przedwczesnego końca wyzwoliło w nim odwagę i otworzyło drzwi z zamkniętego, ciasnego przedsionka, w którym tkwił niczym w klatce. Niestety uchyliło również furtkę do zła, okrucieństwa, bezwzględności i wreszcie do życia w kłamstwie. Choć doprowadziło to do zguby wszystko, co kochał, łącznie z nim samym, to paradoksalnie Walter właśnie wtedy miał to nieuchwytne wcześniej poczucie, że żyje pełną piersią.

Przyrządzał najczystszą na rynku metamfetaminę, knuł kolejne intrygi, likwidował coraz większe zastępy wrogów – to właśnie wtedy, będący wcześniej niewolnikiem społecznych reguł, nieszczęśliwy nauczyciel chemii był kimś. Wówczas to on rozdawał karty – lub też posługując się serialowym cytatem: to on był tym, który puka do drzwi. Choć usprawiedliwieniem było dla niego pragnienie zapewnienia bytu swojej rodzinie, prawdą jest, że Walter robił to dla samego siebie, dla własnego poczucia sensu i dla własnego triumfu. Wysnuć można więc wniosek, że antybohater stworzony przez genialnego Vince’a Gilligana od początku do końca był postacią tragiczną. Budził w nas sympatię i ogromne pokłady współczucia, przegrywając z trudami codzienności, a z czasem został znienawidzony przez kolejne wątpliwe, skąpane we krwi zwycięstwa. Czy to nie podręcznikowy przykład kreacji antybohatera? Kto z nas choć przez chwilę nie pragnął porzucić wszystkiego i zająć się produkcją metamfetaminy, niech pierwszy rzuci kamieniem!

2. Don Draper (Jon Hamm), „Mad Men”



Każdy facet chciałby być Donem Draperem – popijać szkocką w godzinach pracy, spalać przy tym wagony papierosów, otaczać się pięknymi kobietami, być bajecznie bogatym i w dodatku uchodzić za boga reklamy. Życie niczym mokry sen każdego nastolatka. Skoro coś wydaje się jednak zbyt piękne, to z reguły nie może być prawdziwe. Tak jest i w tym przypadku. Sprawa zaczyna być jasna, gdy wychodzi na jaw, że Don Draper tak naprawdę wcale nie jest Donem Draperem, lecz złodziejem tożsamości. Nie jest w czepku urodzonym dziedzicem w stylu swojego wspólnika Rogera Sterlinga, ale pochodzącym z głębokiej prowincji synem prostytutki, który przypadkiem znalazł się w odpowiednim czasie i miejscu. W nadziei na lepsze życie i nowy start z czystą kartą postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję. To jednak dopiero początek skaz, które będzie nam dane odkryć na tym pięknym, wartościowym diamencie, jakim wydaje się być Don.

Pochodzenie i kradzież tożsamości okazują się być kluczowymi aspektami w jego dramacie. Wbrew wszystkiemu, co posiada, nie potrafi być szczęśliwy. Jego życie to nieustanna seria wzlotów i upadków, zdrad, powrotów, ucieczek i zmagania się ze swym największym wrogiem – samym sobą. Będący symbolem amerykańskiego społeczeństwa Don, podobnie jak Stany Zjednoczone, za wszelką cenę chce odciąć się od swoich korzeni. Pragnie stworzyć siebie na nowo, nie potrafiąc jednak odnaleźć tego prawdziwego „ja”. Uciechy dnia codziennego stały się dla niego ucieczką od oczywistego wniosku, że tego „ja” po prostu nie ma, a jego miejsce w świecie zwyczajnie nie istnieje. A więc czy aby na pewno każdy facet chciałby być Donem Draperem – człowiekiem, dla którego największym brzemieniem i źródłem wszelkiej trwogi jest właśnie bycie sobą?

1. Tony Soprano (James Gandolfini), „The Sopranos”



Niechaj król dumnie dzierży swą koronę! A mógł być tylko jeden – Tony Soprano. Antybohater powołany do życia przez Jamesa Gandolfiniego wyniósł go na szczyt i uczynił nieśmiertelnym. Rola jedynego w swoim rodzaju, cierpiącego na depresję ojca chrzestnego z sąsiedztwa, w pewnym sensie na nowo zdefiniowała go jako aktora. Podobnie jak reszta z powyższego zestawienia Gandolfini nie musiał grać Tony’ego Soprano – on nim po prostu był, dołączając tym samym do grona drugoplanowych gwiazd Hollywood, które na dobre rozbłysły dopiero w serialowym świecie. Jego kreacja wytyczyła również szlak wszystkim późniejszym antybohaterom. Tony pokazał, że można być złym i sympatycznym jednocześnie, że w jednej chwili można wzbudzać w widzu uczucie obrzydzenia, mordując gołymi rękoma, a chwilę później rozczulać do łez wrażliwością na krzywdę zwierząt.

Bez wątpienia jest bohaterem uzależniającym, już od pierwszych chwil wywołując w nas swego rodzaju syndrom sztokholmski, który każe go nam usprawiedliwiać i szepcze przy tym do ucha naszej podświadomości, że Tony wcale nie jest taki zły. W rzeczywistości jest to kolejna tragiczna postać. Wszyscy – łącznie z nim samym – tkwią w matni kłamstwa, twierdząc, że Tony jest dobrym mężem i ojcem, a przecież tak naprawdę on sam niszczy swoją rodzinę. Cierpi na klątwę rodu Soprano, która – jak się później okazuje – wisi nad nim od pokoleń. W przeciwieństwie, na przykład, do Dextera Tony nie jest w takim stopniu samoświadomy, nie dostrzega zła, które wyrządza. My natomiast dopiero dzięki spotkaniom z dr Melfi jesteśmy w stanie dostrzec jego prawdziwą, cierpiącą twarz. Tak niewielu dopuszcza przecież do swego bólu skryty za maską twardego, bezwzględnego bossa. W pewnym sensie Tony jest ofiarą rządzonego przez jasno określone, brutalne zasady środowiska, w którym się wychował, pozycji jaką w nim pełni, despotycznej, wiecznie niezadowolonej matki oraz nieobecnego ojca, w którego ślady nieuchronnie zmierza. Ale czy mamy pewność, że bez piętna rodziny Soprano byłby dobrym człowiekiem? Czy po kilku sesjach terapeutycznych dr Melfi ktokolwiek wciąż wierzy, że Tony wcale nie jest taki zły?


PS Gdyby powyższy ranking zawierał więcej pozycji i tym samym jakimś cudem nie rozrósł się do rozmiarów trylogii Sienkiewicza, to znaleźliby się na nim również następujący antybohaterzy: Nikki Swango, Jimmy McGill, BoJack Horseman oraz John Rayburn. Do nich wędrują wyróżnienia.


 

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Breaking Bad

Głównym bohaterem "Breaking Bad" jest Walter White (Bryan Cranston), nauczyciel chemii mieszkający w Nowym Meksyku wraz z żoną (Anna Gunn) oraz nastoletnim synem …


Dexter

Dexter prowadzi podwójne życie. Za dnia jest cenionym specjalistą ds. krwi w departamencie policji, a nocą zabija złoczyńców, którzy wymykają się organom sprawiedliwości. …


Mad Men

W serialu ukazane jest życie Dona Drapera, dyrektora kreatywnego agencji reklamowej Sterling Cooper. Mężczyzna zrobi wszystko, by odnieść sukces, jednak tajemnice …


The Sopranos

Tony Soprano, mąż i ojciec dwójki dzieci, jest głównym bossem mafii z New Jersey. Pogodzenie ze sobą tych dwóch ról bywa dla niego ciężkie, a dodatkowo boryka się …


The Young Pope

Serial opowiadający historię Piusa XIII, pierwszego amerykańskiego papieża w historii Kościoła.