Artykuły

„The Howling Man” jest pierwszym, tak wyrazistym romansem „The Twilight Zone” z filmowym horrorem z lat 30. i 40. XX wieku. Oczywiście ten swoisty hołd złożony klasykom gatunku, mimo licznych odwołań do, sięgających całe wieki wstecz, wzorców i archetypów, w oparciu o znakomity scenariusz Charlesa Beaumonta i – nie bójmy się tego określenia – genialną reżyserię wizjonera Douglasa Heyesa, nadał filmowemu horrorowi zupełnie nowy wymiar, głębię i podtekst oraz wskazał kierunek, w którym niebawem podążyli inni twórcy kina grozy. 

The Twilight Zone, Strefa mroku, sezon 2, odcinek 5, recenzja, The Howling Man
„Wycieńczony David Ellington, naukowiec i poszukiwacz prawdy, któremu – niestety – dane było ją poznać. Mężczyzna, który ledwo otrząsnął się z choroby, zmuszony jest stawić czoła przeciwnikowi nękającemu ludzkość od zarania czasu. Pukając do drzwi sanktuarium, w poszukiwaniu azylu, miast tego przekroczył granicę... strefy mroku”

Odcinek, ku memu zaskoczeniu, otwiera narracja głównego bohatera, Davida Ellingtona (H.M. Wynant), który –niejako zwracając się bezpośrednio do widza – zaczyna swoją opowieść słowami: „Wiem, że historia, którą opowiem, brzmi nieprawdopodobnie. Ze wszystkich ludzi na świecie ja jeden wiem, jak trudno dać jej wiarę. Muszę jednak wyznać wszystko, a ty uwierzysz. Po prostu musisz uwierzyć”. Już to krótkie wprowadzenie zwiastuje nieco odmienne podejście do sposobu prezentacji i nadaje odpowiedni ton temu, co za chwilę zobaczymy. 

Akcja przenosi się kilkanaście lat wstecz – do okresu tuż po zakończeniu I wojny światowej – kiedy młodszy, trawiony maligną Ellington, błąka się gdzieś po rubieżach Europy (kilkukrotnie pada nazwa Schwarzwald). Tułając się w strugach deszczu, trafia na opactwo, do którego zostaje niechętnie przyjęty. Odzyskawszy nieco sił witalnych, ale wciąż nie do końca zdrów, słyszy przejmujący dźwięk, przypominający wycie wilka. Mnisi jednakowoż zrzucają to na karb delirium, jakoby w stanie którego Ellington wciąż przebywa.

David jednak nie daje się zbić z tropu i dociekając źródła tajemniczego dźwięku, odkrywa wychudzonego, zarośniętego mężczyznę (Robin Hughes), przetrzymywanego w celi. Człowiek ów twierdzi, że mnisi to tak naprawdę sekta obłąkanych starców, którzy porwali go i przetrzymują bez dania racji od długiego czasu. Zanim Ellington jest w stanie zrobić cokolwiek, bracia odciągają go od uwięzionego. Opat, brat Jerome (John Carradine), przyparty do muru złożoną przez Davida groźbą wezwania władz, niechętnie wyjawia powód uwięzienia tajemniczego mężczyzny. 

Okazuje się, że człowiek przetrzymywany w celi to nikt inny, tylko Diabeł we własnej osobie. Istota odpowiedzialna za wszystkie wielkie katastrofy, wojny i zarazy, jakie dotykają świat. Upadły Anioł, Asmodeusz, Belial, Szatan. Bractwo Prawdy, niebędące związanym z żadną z oficjalnych religii, służąc większemu dobru, z trudem zdołało pojmać i uwięzić Szatana, po tym jak dokonał swego ostatniego, okrutnego czynu, doprowadzając do wybuchu I wojny światowej. Dzięki niezwykłej mocy artefaktu – Kostura Prawdy –udało się uwięzić Diabła i zapewnić światu wytchnienie od większego Zła (za mniejsze zło odpowiedzialni są nadal sami ludzie).

Ellington stwierdza, że owszem, wierzy w słowa mnicha, choć w duchu planuje uwolnić więźnia. Wyjaśnienia brata Jerome'a brzmią jak słowa szaleńca. Odesłany do swojego pokoju – z bratem Christophorusem, który ma mieć na niego oko – czeka, aż jego stróż zaśnie, po czym kradnie mu klucz i udaje się do celi uwięzionego mężczyzny. Tam przekazuje więźniowi, czego dowiedział się od opata. Oczywiście tajemniczy człowiek zaprzecza temu, co powiedział brat Jerome, podtrzymując tezę o zakonie szalonych staruchów, którzy trzymają go w zamknięciu bez żadnej przyczyny.

Jego wyjaśnienia brzmią na tyle przekonująco, że Ellington, zdjęty litością, zamierza uwolnić więźnia Bractwa Prawdy. Ostatnią chwilę wahania przeżywa, kiedy zauważa, że wszystkim, co oddziela uwięzionego od wolności, jest umocowany w poprzek drzwi Kostur Prawdy, który zagadkowy mężczyzna mógłby usunąć sam, sięgając przez zakratowane okienko. Nie ma jednak czasu do stracenia – David usuwa Kostur i więzień wydostaje się na wolność. Chwilę po tym Ellington pada rażony diaboliczną mocą a Szatan – po serii transformacji nie ma już miejsca na wątpliwości – znika w obłoku dymu.

Od tej pory Ellington poświęcił długie lata na ściganie Szatana – który w międzyczasie „wywołał” II wojnę światową – i ostatecznie udało mu się go schwytać. Wracamy do momentu z sekwencji otwierającej i okazuje się, że osobą, której David opowiadał całą historię, jest jego gosposia. Podstarzały David trzyma Diabła uwięzionego w pokoju zapieczętowanym miniaturową wersją Kostura Prawdy. Musi jeszcze tylko powiadomić mnichów z Bractwa i przekazać im więźnia i w tym celu opuszcza swoją posiadłość. Gosposia jednak, wiedziona ciekawością i niepomna ostrzeżeń Ellingtona, otwiera drzwi…

The Twilight Zone, Strefa mroku, sezon 2, odcinek 5, recenzja, The Howling Man
„The Devil had power to assume a pleasing shape. I had seen him before in all parts of the world in all forms and guises, wherever there was sin, wherever there was strife, wherever there was corruption, persecution there he was also. Sometimes he was only a spectator, a face in the crowd, but always he was there”

„The Howling Man” to z pozoru klasyczna opowieść z dreszczykiem, niepozbawiona jednak drugiego dna. Przez większość czasu scenariusz sprawnie manipuluje wiarą widza, zarówno w to, co mówią bohaterowie, jak i w to, co widzą i słyszą. Charakterystyczny sposób operowania kamerami i kompozycja ujęć podtrzymują przekonanie o tym, że większość tego, co postrzega i słyszy Ellington, jest potęgującym się efektem gorączkowego delirium. Z drugiej strony, z trudem przychodzi widzowi też wiara w słowa brata Jerome'a (postać ma sobie dominujący pierwiastek opętanego zeloty), niezachwianego w wierze w słuszność swych – z perspektywy Ellingtona brzmiących nieprawdopodobnie – przekonań. Ta ambiwalencja w prezentacji zachowań postaci podtrzymywana jest do samego końca i jej potencjał, co należy jasno podkreślić, zostaje kompletnie zniweczony w przedfinałowej sekwencji – tak dosłownej, że ocierającej się o pastisz – przemiany więźnia w Szatana.

Przedstawienie Diabła at literam wywołało mały konflikt na linii scenarzysta-reżyser. W opowiadaniu Charlesa Beaumonta, na kanwie którego powstał scenariusz, finał historii daleki jest od oczywistości. Czytelnik zostaje pozostawiony z niewiedzą odnośnie tego, czy więzień Bractwa jest nieszczęśnikiem, który wpadł w ręce szalonych mnichów, czy rzeczywiście jest to Teufel in Menschengestalt. Oryginalny skrypt zawierał, co prawda, pewną przesłankę odnośnie tożsamości więźnia. Kiedy ów ucieka z celi, scenariusz sugerował dyskretne ujęcie na opierające się o mur kopyto uciekiniera.

Douglas Heyes – nie ujmując mu zasług i świeżego podejścia – był jednak reżyserem, który (jak sam twierdził) nie lubił oszukiwać widza. Jak powiedział w wywiadzie udzielonym twórcy „The Twiligh Zone Companion”, Marcowi S. Zicree: „Gdy obiecuję coś publiczności, na przykład gdy mówię »po drugiej stronie wzgórza jest trzy tysiące Indian«, nie mam zamiaru pokazać jednego pióra wystającego zza skały – chcę, żeby naprawdę zobaczyli trzy tysiące Indian!”. Dlatego właśnie, mimo nacisków Beaumonta, wiedząc, że tożsamość Diabła nie ulega wątpliwości – tak czy owak, zawiniło prawdopodobnie nieszczęsne kopyto – Heyes pokazał widzom Szatana takim, jaki znany jest z najbardziej klasycznych, dziś już groteskowo wyglądających, obrazów. Tym samym przekreślił najbardziej atrakcyjną – z punktu widzenia współczesnego widza, choć mniemam, że nie tylko – drogę interpretacji tego epizodu.

Jakkolwiek, ze swym nietypowym podejściem do wizualizacji, Heyes uczynił wiele dobra w „The Howling Man”. Pominąwszy ujęcia z nietypowych kątów, rozchwianą i nietypową dla obrazów z epoki pracę kamery, czy niezwykle zręczne operowanie światłocieniem, sekwencja transformacji więźnia w Szatana – abstrahując od jej negatywnej, w mej opinii, roli w kontekście fabuły – jest prawdopodobnie pierwszą tak dynamiczną serią przemian w historii kina. Douglas Heyes znał i cenił arcydzieła kina grozy, takie jak „Dr. Jekyll and Mr. Hyde” (1931) oraz „The Wolf Man” (1941), jakkolwiek wytykał im to, że przemiana postaci prezentowana była w serii stabilnych, niemal nieruchomych ujęć. Jego Szatan w trakcie przemiany przemierza korytarz, a widz obserwuje kolejne etapy transformacji w – dość sprawnie sklejonym jak na owe czasy – „jednym” ujęciu. Przyznać trzeba, że budzi to spore wrażenie – choć osobiście skłaniam się ku opinii, że pierwszy z etapów, w którym, zasadniczo, tylko światło i cień nadają złowrogich cech rysom Robina Hughesa, mógłby zostać etapem ostatnim. 

Może zabrzmię w tym momencie jak zacięta płyta, bowiem niejednokrotnie podkreślałem wysoki poziom aktorski w przypadku „The Twilight Zone”. Cóż na to poradzę, że ponownie wszyscy trzej główni aktorzy dostarczyli występów na wybitnym poziomie? H.M. Wynant w roli protagonisty daje popis jako wycieńczony i trawiony gorączką, miotany masą sprzecznych uczuć i – w finale – dręczony poczuciem winy, zmanipulowany mężczyzna. Szatan Robina Hughesa jest odpowiednio demoniczny, więzień Robina Hughesa w nadzwyczaj przekonujący sposób wzbudza litość – trudno się dziwić Ellingtonowi. Obaj panowie, mimo zaprezentowanego kunsztu aktorskiego, giną w cieniu Johna Carradine'a. Jego brat Jerome ma w sobie odpowiednią siłę charyzmy, zabarwionej swego rodzaju szaleństwem. Tembr głosu, charakteryzacja i ekspresja składają się na postać, której sile perswazji niepodobna nie ulec, wbrew przekonaniu o jego potencjalnym obłąkaniu. Znakomita i zapadająca w pamięć rola!

Odnoszę wrażenie, że „The Howling Man” to jeden z tych klasyków kina grozy, który z rzadka bywa przywoływany we wszelkiego rodzaju zestawieniach horrorów z tego okresu. Zupełnie niesłusznie. W mojej opinii jest to jedno z arcydzieł tamtej epoki. Wszystko, nawet finał, mimo tego, że narusza nieco koncept oryginalnej historii, składa się na kompletne strukturalnie dzieło. Kompozycja kadrów, manewrowanie światłocieniem i muzyka, a z drugiej strony sprawne operowanie napięciem i udane, do finału, manipulowanie wiarą lub niewiarą widza – wszystko to dostarcza nietuzinkowego doświadczenia, którego żaden koneser kina grozy nie powinien sobie odmawiać. Owszem, chciałoby się, aby zakończenie nie ograniczało możliwości interpretacji, ale z drugiej strony... Hej, lepszy Diabeł, którego się zna, nieprawdaż?

The Twilight Zone, Strefa mroku, sezon 2, odcinek 5, recenzja, The Howling Man
„I'm sorry for you, my son. All your life you will remember this night and you'll know, Mr. Ellington whom you have turned loose upon the world”

Data emisji odcinka: 4 listopada 1960
Gdzie obejrzeć: Hulu (tylko na terenie USA)

Ocena odcinka: 9/10

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane