Artykuły

Kiedy pewnego dnia na biurku Roda Serlinga wylądowała ulotka, w której American Airlines oferowały wypożyczenie – lub nawet możliwość sprzedaży – makiety kokpitu samolotu Boeing 707 (naturalnych rozmiarów), twórca „The Twilight Zone” nie zastanawiał się długo. Koncept fabuły „The Odyssey of Flight 33” przelał na papier już jakiś czas wcześniej, a oferta amerykańskich linii lotniczych była z dawna oczekiwanym bodźcem, dzięki któremu Serling mógł pchnąć swój pomysł na tory realizacji. Rod był ogromnie podekscytowany możliwością wykorzystania rekwizytu, dzięki któremu mógłby nadać „The Odyssey of Flight 33” większej wiarygodności.

The Twilight Zone, Strefa mroku, sezon 2, odcinek 18, recenzja
„(...) The problem is simply that the plane is going to fast and there is nothing within realm of knowledge... or at least logic... to explain it...”

Jakby tego było mało, Serling zaprzągł do pracy swojego brata Roberta, uznanego pisarza, tworzącego literaturę ściśle powiązaną z zagadnieniami lotniczymi. Rob, w celu uzupełnienia swej – i tak już bogatej –wiedzy w materii awioniki, wyposażony w dobrego bourbona udał się do Waszyngtonu do emerytowanego kapitana lotnictwa, z którym – osuszając przy tym butelkę – opracował wszystkie dialogi, które usłyszeć możemy z ust bohaterów niniejszego odcinka. Widzowie zorientowani w tematyce lotnictwa z pewnością to docenili, ale odcinek ten zapisał się w pamięci fanów serii nie tylko z tego powodu: młodsi telewidzowie z wypiekami na buzi i zaskoczeniem równym temu, jakie odmalowało się na twarzach załogi lotu Global 33, spoglądali na pokrytą dżunglą wyspę Manhattan i jej nieoczekiwanego mieszkańca.

Lot 33 z Londynu do Nowego Jorku właśnie dobiega końca. Trasa przebiegła spokojnie i maszyna wkrótce wyląduje w porcie docelowym z niewielkim, czterominutowym opóźnieniem. A jednak... Kapitan Farver, zwany Skipperem (John Anderson), doświadcza nagle dziwnego uczucia przyśpieszenia. Okazuje się, że samolot osiągnął nieprawdopodobną, naddźwiękową szybkość trzech tysięcy węzłów, czyli – w przybliżeniu – prędkość Mach 4.5. Po krótkim rozbłysku i towarzyszącym osiągnięciu prędkości supersonicznej huku, załoga nie jest w stanie nawiązać łączności radiowej z żadnym z portów lotniczych, które powinny znajdować się w ich zasięgu. Gęsta powłoka chmur uniemożliwia również wizualną ocenę położenia.

Kapitan decyduje o obniżeniu pułapu „w ciemno”, bez nakresu radarowego, ryzykując przy tym rozbicie samolotu. Szczęściem w nieszczęściu okazuje się fakt, że miejsce, gdzie powinny znajdować się wieżowce Manhattanu, pokrywa przypominająca tropiki dżungla. Załoga z zdumieniem wpatruje się w pożywiającego się poniżej... brontozaura. Kiedy mija szok, nadchodzi czas na wyciągnięcie wniosków. Kapitan wysuwa hipotezę, z którą trudno się nie zgodzić – wskutek tajemniczej siły, która spowodowała nagłe przyśpieszenie, samolot, a wraz z nim załoga i pasażerowie, przenieśli się w czasie do prehistorii.

Załoga dochodzi do wniosku, że jedynym sposobem na powrót do właściwiej epoki będzie ponowne wzbicie się na pułap, na którym pojawił się ów fenomen i próba odtworzenia warunków, w których zjawisko wystąpiło poprzednio. I rzeczywiście po kolejnym, nagłym przyśpieszeniu i próbach nawiązania kontaktu, radio wreszcie ożywa. Dobiegający z niego głos wydaje się być lekko skonfudowany terminologią, jaką operuje kapitan Farver. Zdaje się, że nawet sama nazwa Boeing 707 jest mu kompletnie obca.

Kiedy samolot wynurza się z gęstwy chmur, oczom załogi ukazują się jednak dobrze znane budowle. Euforia jednak nie trwa długo, bowiem ich wzrok przykuwa kopuła nowojorskiej Wystawy Światowej z... 1939 roku. Kapitan Farver decyduje o jeszcze jednej próbie powrotu do właściwych czasów. Samolot wzbija się na poprzedni pułap. Lot Global 33 kontynuuje swoją odyseję, której finału nie dane nam będzie poznać. Chociaż kto wie... może któregoś dnia Boeing 707, na krótką chwilę – zanim kapitan Skipper podejmie kolejną próbę –pojawi się nad waszymi głowami?

The Twilight Zone, Strefa mroku, sezon 2, odcinek 18, recenzja
„Let me put it to you this way: I only hope that the Valhalla you're talking about is at the Metropolitan Opera house in little old New York. Instead of a conducted tour through the real thing”

O czysto technicznych aspektach odcinka, związanych z możliwie najwiernieszym oddaniem atmosfery panującej w kabinie samolotu, można powiedzieć tyle, że rzeczywiście nie da się nie odczuć faktu, że rozmawiają między sobą profesjonaliści, ludzie doskonale znający swoją robotę. Na tej płaszczyźnie można mówić o – jak na dość często oderwane od rzeczywistości standardy „The Twilight Zone” – pełnym realizmie. Z drugiej strony przez większość czasu widzowie zmuszeni są słuchać dość hermetycznego żargonu, co na dłuższą metę może wydawać się raczej mało ciekawe, a nawet męczące. I pewnie takim by było, gdyby Rod Serling nie zaprosił do tego odcinka kilku, znanych z wcześniejszych epizodów, znakomitych osobistości aktorskich, na grę których – nawet przy braku wiedzy z zakresu lotnictwa – po prostu świetnie się patrzy.

Oczywiście ci z was, którzy pamiętają jeszcze, jak bardzo zachwycałem się postacią anioła Gabriela ze znakomitego odcinka „A Passage for Trumpet”, w którego wcielił się John Anderson, nie będą zaskoczeni, że z radością powitałem tego aktora w roli kapitana Skippera Farvera. Rola odmienna, a jednak emanacja pewności siebie, profesjonalizmu i poczucia obowiązku, jaka bije z kreacji Andersona, nie mogłaby chyba wypaść lepiej w wykonaniu innego aktora. Jakkolwiek każdy członek załogi ma swoje kilka minut i każdy wypada celująco –Sandy Kenyon jako nawigator Hatch, Paul Comi znany z odcinka „People Are Alike All Over” jako pierwszy oficer John Craig czy pełniąca rolę łączniczki pomiędzy załogą a pasażerami, Beverly Brown (która pierwotnie miała partnerować Dickowi Yorkowi w epizodzie „A Penny for Your Thoughts”) w roli stewardesy Janie.

W opozycji do znakomitej obsady, jeśli chodzi o załogę, aktorzy grający pasażerów sprowadzeni zostali do roli bezimiennych statystów. Tym, czego brak jest odczuwalny, jest niewielka liczba przebitek, ukazujących reakcje pasażerów na to, co się dzieje w trakcie feralnego lotu. Skupienie na odwzorowaniu sytuacji w kokpicie i ograniczenie czasowe, które w przypadku „The Odyssey of Flight 33” przeszkadza jak w żadnym z dotychczasowych odcinków „The Twilight Zone”, odarło fabułę tego epizodu z bardzo ważnego elementu –gdzieś w tym wszystkim zatraciła się esencja serii. Zabrakło pierwiastka ludzkiego, który zawsze był istotną częścią historii ze „Strefy mroku”. Wydłużona o prawie 20 minut adaptacja radiowa z 2002 roku nadrabia te niedostatki, dając nieco więcej przestrzeni pasażerom, jak również rozbudowując relacje pomiędzy członkami załogi, które w słuchowisku częściej wybiegają poza czysto profesjonalne relacje (w tym znakomite dialogi, w których załoga spekuluje odnośnie tego, co mogło być przyczyną fenomenu).

Jakkolwiek nie byłbym sobą, gdybym nisko ocenił odcinek, w którym pojawia się motyw podróży w czasie. A jednak w historii „The Twilight Zone” mieliśmy już jeden świetny epizod tego rodzaju. Był nim „The Last Flight” przy którym, pod kątem fabuły, „The Odyssey of Flight 33” wypada co najwyżej średnio. I mimo wysokiego poziomu gry aktorskiej, jaki został zaprezentowany w niniejszym odcinku, oraz tego, że pojawia się w nim ożywiony metodą poklatkową brontozaur (!), palmę pierwszeństwa na polu epizodów związanych z podróżami w czasie nadal dzierży „The Last Flight”.

The Twilight Zone, Strefa mroku, sezon 2, odcinek 18, recenzja
„There's the East River. There's the Hudson River. That's Staten Island. We've got all the topographical clues we need. The problem seems to be the real estate's there it's just the city and eight million people are missing. In short, there is no New York. It's disappeared”

Data emisji odcinka: 24 lutego 1961
Gdzie obejrzeć: Hulu (tylko na terenie USA)

Ocena odcinka: 7/10

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane