Artykuły

Po obejrzeniu „Elegy” zacząłem przeglądać różne zestawienia najlepszych epizodów „The Twilight Zone” pewien tego, że tak doskonały odcinek zajmuje na „listach przebojów” wysokie miejsce. Z zaskoczeniem stwierdziłem, że tym razem gusta moje i osób głosujących w tych zestawieniach są bardzo różne. Przewijają się tam odcinki, które cenię sobie równie wysoko, takie jak „The Hitch-Hiker”, „And When the Sky Was Opened” czy „Walking Distance”, ale dziwnym dla mnie trafem, miejsca dla znakomitego „Elegy” zabrakło. Zaskakujące, bo wydaje mi się, że tak dopracowany i wymagający ogromu włożonej weń pracy kawał sztuki filmowej powinien zostać bardziej doceniony przez wielbicieli „The Twilight Zone”.

The Twilight Zone, Strefa mroku, sezon 1, odcinek 20, recenzja
Sezon 1, odcinek 20 – „Elegy”

Uwielbiam odcinki „The Twilight Zone”, w których nie odkrywa się wszystkich kart przed widzem zbyt wcześnie, albo takie, które sposobem prezentacji i prowadzenia akcji potrafią – niczym wprawny prestidigitator – „wywieść w pole” oglądającego. Sprytnie dokonano tego w pilotażowym „Where is Everybody?”, epizodzie, w którym zastosowano kilka trików podobnych do tych, którymi uraczył nas scenarzysta, Charles Beaumont, w „Elegy”. Przez większość czasu wydaje się widzowi, że ogląda zupełnie innego rodzaju historię i o ile w przypadku „Where is Everybody?” rozwiązanie zagadki mogło się wydać na swój sposób rozczarowujące, o tyle trącący makabreską finał „Elegy” oprócz zaskoczenia wywołuje swoisty dyskomfort. 

The Twilight Zone, Strefa mroku, serial, sezon 1, odcinek 20, recenzja
„Mister! Mister! How are they biting? Mister? Hey, wake up!”

Grupa astronautów ląduje na planecie (lub asteroidzie), która posiada identyczną do ziemskiej atmosferę. Zaraz po lądowaniu odkrywają, że okoliczne miasteczko przypomina do złudzenia osady, jakie budowano na Ziemi jakieś 200 lat wcześniej (czyli w przybliżeniu około roku 1985 – dla ówczesnego widza była to wciąż odległa przyszłość, dla kosmonautów przeszłość). Problem tkwi w tym, że sprawiający wrażenie istot żywych mieszkańcy zastygli w bezruchu w trakcie wykonywania swoich codziennych czynności. Wszystko przypomina makabryczne muzeum czy też raczej skansen upamiętniający życie codzienne mieszkańców Ziemi sprzed wojny nuklearnej, która wybuchła właśnie w 1985. Kiedy zrezygnowani podróżnicy postanawiają osiedlić się w tym „muzeum żywych trupów”, spotykają dziwnego, acz budzącego sympatię Jeremy'ego Wickwire'a (znakomity Cecil Kellaway), który jest opiekunem tego miejsca i wyjaśnia astronautom cel istnienia tego dziwnego „skansenu”.

Oglądając „Elegy” niejednokrotnie przechodziły mnie ciarki. Pierwsze kilka minut, kiedy podróżnicy przechadzają się pomiędzy „sparaliżowanymi” mieszkańcami wywołuje wrażenie wręcz upiorne. Nie sposób nie docenić, jak bardzo udało się – zważywszy na ograniczenia techniczne – uchwycić tylu zapełniających poszczególne kadry aktorów w niemal idealnym bezruchu. Uważny widz wyłapie pewne niedociągnięcia (jak choćby poruszające się płyny w kieliszkach), ale podobno wynikały one głównie z powodu reakcji na ruch kamer przemieszczających się pomiędzy aktorami.

Wyjaśnienie zagadki wcale nie sprawia, że poczujemy się lepiej, a przewrotny finał, którego mottem (i w zasadzie podsumowaniem całego „Elegy”) mogą  być słowa Wickwire'a: (...) while there are men, there can be no peace, jest po prostu mistrzowską, przewrotną, szalenie smutną i gorzką puentą. Mimo sporej dawki humoru – zwłaszcza w rozmowach astronautów z Wickwirem (świetny, powtarzany kilkukrotnie gag z przekręcanym nazwiskiem bohatera) – „Elegy” jest jednym z tych epizodów, które pozostawiły mnie z uczuciem dojmującego przygnębienia. Arcydzieło!

The Twilight Zone, Strefa mroku, sezon 1, odcinek 20, recenzja
„What's wrong with everybody in this crazy place?! Answer me! Can't you talk? Can't you move? Answer me!”

Data emisji odcinka: 19 lutego 1960
Gdzie obejrzeć: Hulu (tylko na terenie USA)

Ocena odcinka: 10/10

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane