6
Artykuły

Serial o koniu. To znaczy o człowieku. Z głową konia. Który jest przebrzmiałą gwiazdką jednego sitcomu, w którym (on – koń) opiekował się grupką niesfornych dzieciaków. I który żyje wspomnieniami z okresu świetności, popadając w coraz większe zgorzknienie.

Już się zniechęciliście? Nie? To doskonale. Bo ten przedziwny pomysł twórcy rozwinęli po mistrzowsku, balansując na granicy słodkiego absurdu, gorzkiej rzeczywistości i cierpkiej ironii. Ale także dodając do całości szczyptę rozgrzewającej serca nadziei, że dobro w ludziach istnieje. Tak jak i w zgorzkniałych koniach.

 

Absurdy zwierzoświata

Świat BoJacka jest absurdalny. Nasz bohater mieszka na ziemi podobnej do naszej, ale oprócz ludzi żyją na niej zwierzoludzie. To określenie nie pada nigdy w serialu, pochodzi ode mnie. A nie pada, bo na tej ziemi jest oczywiste, że obok czarnych, białych czy Azjatów w sklepie zakupy robią dwie kobiety z głowami ptaków i rozmawiają o tym, że czekolada tuczy. Równie oczywiste jest to, że w transporcie powietrznym pracują w większości ptakoludzie, a na dnie oceanu istnieje podmorskie miasto, w którym z-humanizowane wersje wodnych stworzeń toczą swój wodny żywot. A gubernatorem Kalifornii jest gryzoń.

Głównym bohaterem jest więc człowiek-koń BoJack Horseman, jego zawodowym konkurentem – człowiek-labrador Mr. Peanutbutter. Kochanka i agentka BoJacka to kocica o różowym futrze Princess Carolyn (oczywiście „zczłowiekowana”). Z drugiej strony kumplem BoJacka, który mieszka u niego na kanapie, jest człowiek-człowiek Todd, a osobistą biografką bohatera zostaje pochodząca z rodziny imigrantów Diane Nguyen. Kobieta. Człowiek-człowiek.

Taka konstrukcja świata pozwala twórcom na gromadzenie absurdalnych sytuacji: w teatrze nie ma piły, ale jest bóbr – pracownik techniczny. Kiedy BoJack opowiada żart o pisklakach zbyt szybko wypychanych z gniazda (angielski idiom birds pushed out of the nest too fast oznacza, że ktoś za szybko próbował się usamodzielnić), ukazuje się nam scena z przeszłości, jak pociesza przyjaciółkę – ptaszycę, która płacze w oknie wieżowca, zapewne nad wypchniętym do lotu pisklakiem. Żart okazuje się nie być żartem, a gorzkim wspomnieniem. Trudno ten humor opowiedzieć w pojedynczych scenach, to dopiero ich nagromadzenie jest atutem serialu – trzeba ten klimat poczuć i samemu ocenić.

 

Twarda rzeczywistość Hollywood

Osobiście polubiłem absurdalność boJackowego świata, ale to, co mnie zachwyciło, to połączenie owej absurdalności z twardą, gorzką rzeczywistością filmowej stolicy świata – Hollywood. Fabryka marzeń nie jest w tym serialu przyjemnym miejscem, a ludzie ją tworzący stanowią, z pewnymi wyjątkami, towarzystwo, w którym mało kto chciałby się obracać. Sam BoJack dla przykładu – wypalony aktor komediowy, który zajmuje się głównie wspominaniem tego, jak wiele lat temu przeżywał chwilę świetności – nie jest dobrym kolesiem. Naprawdę nie jest dobrym kolesiem. Żeby to zobrazować: BoJack często bywa porównywany z Hankiem Moodym z „Californication”, ale Hank jest w sumie przyzwoitym facetem, który lubi się zabawić, często pakuje się w problemy i ma zbytnią słabość do kobiet. BoJack jest gorszy: zapatrzony w siebie, zakłamany, zgorzkniały, samolubny.

Zbudowanie akcji serialu wokół pierwszoplanowego antybohatera nie jest niczym nowym w świecie Walterów White'ów i Tonych Soprano, ale twórcy na tyle dobrze rozegrali ten motyw, że jest jedną z najsilniejszych stron serii. Bo BoJack to inteligenty samolub, a w jego interakcjach z otaczającą go plejadą kolorowych osobowości z jednej strony iskrzy od zabawnych dialogów i tarć charakterów, a z drugiej wciągają nas osobiste dramaty i pogmatwane relacje nietuzinkowych postaci. Serial o kolesiu z głową konia, którego kochanką jest różowa kocica, ma jedne z najlepiej wykreowanych postaci wśród fabuł seryjnych ostatnich lat.

Kiedy zderzymy to z absurdalnością przedstawionego świata, zaczynają się prawdziwe fajerwerki i powstają z tego najlepsze odcinki. Na przykład ten w trzeciej serii, w którym BoJack trafia do podwodnego miasta. Tym samym twórcy stawiają sobie ograniczenie, bo – jak wiemy – pod wodą nie da się rozmawiać, a przecież ich serial tak mocno opiera się na dialogach i interakcjach między postaciami. A jednak udaje im się stworzyć ciekawą, dramatyczną intrygę, w której niemal nie są używane słowa. Jednocześnie zaś mamy przyjemność oglądać przepiękny, bogaty, najeżony zabawnymi szczegółami podwodny świat.

 

I szczypta nadziei

„BoJack Horseman” jest serialem cierpkim. Świat show-biznesu pokazany jest jako królestwo ludzi zakłamanych i zapatrzonych w siebie, do tego pełne jednostek przegranych, wypalonych i pokonanych. A jednak to, co ostatecznie zadecydowało, że pozostałem przed ekranem i chętnie myślami wracam do tej serii, to szczypta nadziei, jaką raczą nas twórcy.

BoJack jest draniem, ale nie jednowymiarowym i miewa ludzkie odruchy. Stać go też na wielkoduszność, na przykład kiedy próbuje pomóc swojemu kumplowi Toddowi. Todd pomieszkuje u niego i wydaje się z początku kompletnie nieużyty – tak, jakby życie na boJackowej kanapie mu wystarczało. Okazuje się jednak, że ma marzenia. Jedno z nich BoJack pomaga mu zrealizować. Mowa tu o pięciogodzinnej space operze (dosłownie – trwającej pięć godzin operze, której akcja dzieje się w kosmosie; Todd operę tę komponuje na organkach). Przy tej okazji okazuje się też, że główny bohater przywiązał się do kumpla, na którego ciągle narzeka. Historia kończy się gorzko, tak jak wiele innych w „BoJacku”, ale ma momenty wzbudzające nadzieję (w których kibicujemy Toddowi), ma chwile triumfu (w których jesteśmy z niego i BoJacka dumni), a dodatkowo pozwala nam wierzyć w spełnienie nawet najbardziej absurdalnych marzeń. Opowiada też o ludzkiej słabości, bo z BoJacka w końcu wychodzi to, kim jest – samolubnym draniem. I tu wraca cierpki smak życiowej ironii, o którym wspomniałem wcześniej. Happy endu nie ma. Ale ciepłe uczucie spełnionej na chwilę nadziei pozostaje w sercu.

„BoJack Horseman” to po prostu dobry miks absurdu, cierpkiej ironii, czarnego humoru i dobrze opowiedzianych historii, w których mieszają się wzloty i upadki, wielkoduszność i zwykła ludzka podłość. Łowcy nawiązań znajdą też w nim masę referencji do popkultury i do historii rodem z Hollywood, ale to tylko dodatkowy smaczek w tym doskonale doprawionym daniu.

 

BoJacka można obejrzeć na Netflixie. Aha – i nie omijajcie czołówki, świetnie wprowadza w klimat serialu.

Komentarze

(6)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • MankiFanki
    MankiFanki

    ten serial jest super <33 polecam każdemu

  • Adriana Musielak
    Adriana Musielak
    @thortilla

    Do tej pory zaśmiewam się, jak sobie przypomnę o Quentino Tarantulinie i Ethanie Hawku (dosłownie jastrzębiu)

  • Zuzanna Włodarkiewicz
    Zuzanna Włodarkiewicz
    @Suzie95

    Na początku byłam zniechęcona do tego serialu, bo dziwnie mi się ogladało związek konia z kotem, ale później się wbilam i jestem zachwycona. I to wszystko dzięki mojemu chłopakowi.

    Pokaż wszystkie 3 odpowiedzi
    • Kira Leśków
      Kira Leśków
      @kira_leskow

      @MateuszMyslicki: Mimo wszystko są smaczki przypominające, że mamy do czynienia z na wpół zwierzętami. Przykład znajdziemy w pierwszym lub drugim odcinku, kiedy BoJack wyrzuca z jadącego auta Princess Carolyn, a ta — jak przystało na kotkę — spada na cztery łapy. Fajne to :-)

    • Mateusz Myślicki
      Mateusz Myślicki
      @MateuszMyslicki

      @ShyMouse: Nie no, wspominam o tym - bóbr, podwodne miasto, pisklak, który "nie wyfrunął" z wieżowca. Inaczej po co robić animację, skoro nie możesz wykorzystać jej atutów. Ale uważam, że właśnie czerpie w dwójnasób - z absurdów, ale jednocześnie mocno trzymając się prawdy psychologicznej.

Powiązane