1
Artykuły

Tradycyjne emitowanie seriali zostało pierwszy raz zachwiane przez Netflix. Udostępnianie całego sezonu, zamiast tygodniowego wyczekiwania na nowy odcinek ulubionego serialu, dało początek określeniu binge-watching. Kompulsywne oglądanie nie jest nowością, jednak w ciągu ostatnich lat dzięki rosnącej popularności produkcji telewizyjnych, powstało oficjalne nazewnictwo, które mimowolnie od razu kojarzy się z Netflixem. Rodzi się w tym pytanie, czy sposób, w jaki stacje telewizyjne i serwisy streamingowe dodają swoje produkcje, ma wpływ na ich odbiór? Obecnie już nie tylko Netflix odchodzi od cotygodniowych premier epizodów, a inne serwisy streamingowe obrały równie ciekawe strategie.

Dawkowane dobro

Najbardziej znana, sprawdzona i tradycyjna metoda, której nadal trzymają się największe stacje typu HBO, FOX czy ABC, to emisja jednego odcinka w tygodniu. Sprawdza się między innymi, ponieważ bazuje na cliffhangerach, czyli pełnym emocji momencie, kiedy bohater mniej lub bardziej wisi na krawędzi. Metoda ta jest skuteczna, bo z tygodnia na tydzień czujemy się, jakby nas trzymano nad emocjonalną przepaścią, a między odcinkami mamy jeszcze zwiastuny do kolejnych epizodów i nakręcamy się bardziej. Cotygodniowe emisje będą trwać, dopóki będzie istniała telewizja w znaczeniu normalnego odbiornika telewizyjnego, bo podtrzymują ją przy życiu premiery odcinków i powtórki. Ta metoda oglądania zupełnie nie nadaje się dla tych niecierpliwych, którzy chcą obejrzeć wszystko na raz i móc obejrzeć sezon jako całość. Wychodzi przy tym też kolejna wada tej strategii, kiedy serial rozciąga się na kilka lub kilkanaście tygodni i poświęcamy mu tylko godzinę w ciągu tych siedmiu dni, a potem oglądamy coś innego – ciężej wtedy obiektywnie ocenić cały sezon. Robiąc maraton, od razu zauważamy, że w tym i w tym momencie coś poszło nie tak, było za nudno albo niespójnie, a przy seansie tylko jednego odcinka w tygodniu może nam to umknąć. Zauważamy, że dany odcinek jest przeciągnięty i nic się w nim nie działo, ale przez kilka dni mamy czas, żeby o tym zapomnieć i wrócić z podobnym entuzjazmem. 

Jednak ta strategia jako jedyna nie przeciąga czasu oczekiwania na nowy sezon. W większości przypadków seriale mniej więcej w tym samym czasie dodają kolejne serie, więc kiedy przez pół roku trwa emisja epizodów, to trzeba tylko pół roku czekać na nowe. Odcinki raz w tygodniu też wypełniają nam harmonogram na tyle, że nie musimy ciągle szukać czegoś nowego, dogłębnie zanurzyć się w danym świecie i potem iść w następny, tylko możemy sobie tę przyjemność dawkować.

Jednak przy serialach bardzo popularnych, jak „Game of Thrones” czy „The Walking Dead” cotygodniowe odcinki wymuszają na nas oglądanie ich regularnie w obawie przed wszechobecnymi spojlerami, które tylko czekają, aż minie doba, żeby zepsuć nam seans.

Netflix, binge watching, Platforma streamingowa,

Przedawkowanie

Nie wiem jak wam, ale mnie myśl o świeżym, jeszcze ciepłym sezonie, który w całości czeka na mnie na Netflixie, zawsze kojarzy się ze szczytem relaksu. Do tego koc oraz popcorn i plany na weekend stworzyły się same, a ja będę później żałować, że obejrzałam wszystko na raz i przynajmniej rok muszę czekać na coś nowego. Dzięki Netflixowi rozpowszechniła się też moda na maratony serialowe ze znajomymi. Już nie umawia się tylko na nocny seans ze wszystkimi częściami „Fast and Furious”, ale też na binge-watching nowego sezonu „Narcos” czy „Orange Is The New Black”, co zawsze mnie cieszy, bo seriale też zasługują na maratony w dobrym towarzystwie. Jak już wspomniałam przy poprzedniej strategii, lepiej ocenia się serial, jak obejrzymy go w krótkim odstępie czasowym w postaci długiego filmu. Jeśli ktoś bardzo lubi ekstremalnie wciągnąć się w klimat i fabułę serialu, w ten sposób, że po prostu żyje daną produkcją, to binge-watching jest idealny, bo przez te kilka godzin ciągłego oglądania, nie mamy okazji ocknąć się z tego czaru i możemy doświadczyć tej rzeczywistości w pełni.

Problem pojawia się, kiedy musimy czekać niewyobrażalnie długo na nowy sezon. Netflix jest w tym momencie toksyczny, bo zaraz jak skończysz się oglądać jeden serial, od razu podrzuca ci drugi, a ty, szukając nagrody pocieszenia, wciągasz się w kolejny świat, i kolejny, i kolejny…

Ta strategia robi się szkodliwa, kiedy komuś brakuje samokontroli i „zapomina” pójść do pracy, albo na zajęcia, bo obiecywanie sobie całą noc „Jeszcze tylko jeden odcinek” skończyło się o siódmej rano.

Mocna dawka, a potem odstawienie

Nowa metoda na publikowanie od stacji Hulu jest co najmniej oryginalna, ale nie mogę się powstrzymać z myślą, że jest jednak całkiem skuteczna. Otóż ten serwis streamingowy od niedawna wdrożył w życie strategię dodawania przy premierze serialu trzech pierwszych odcinków, a potem w standardowy, cotygodniowy sposób resztę. Wydaje się to dziwne, ale jakby tak się nad tym zastanowić,  ma to w sobie dużo sensu. W końcu wszędzie można się spotkać z opinią, że trzy odcinki wystarczą, żeby ocenić, czy serial się spodoba, czy nie.

Do tego taka ilość epizodów wystarczy, żeby nas na produkcję nakręcić, jeśli nam się spodoba na tyle, żeby do niej powrócić za tydzień i każdego kolejnego tygodnia. Jestem pod wrażeniem tej strategii, bo naprawdę w większości przypadków oszczędza mi czasu i w ciągu jednego dnia mogę stwierdzić, czy odłożę daną produkcję na półkę, czy będę niecierpliwie czekać na kolejny odcinek. Jednocześnie tak jak przy standardowej metodzie, skraca mi to oczekiwanie na następny sezon, ale jeśli pierwsze odcinki mi się spodobały, to jest już mniejsze prawdopodobieństwo, że stracę tygodnie życia na ciąg dalszy.   

Przedsmak i długi odwyk

Przy Hulu wspomniałam o specyficzności metody, ale to Amazon jest królem dziwactw, jeśli chodzi o strategię. Najpierw wypuszcza piloty dla kilku serii, które być może ma w planach kontynuować i jeśli decyzja się utrzyma, to czasami nawet po roku dodaje resztę. O ile trzy odcinki w większości wystarczą, żeby ocenić serial, tak po samym pilocie praktycznie niemożliwe jest, aby zdecydować, czy produkcja będzie warta czekania tyle czasu, żeby oglądać ją dalej. Z plusów jednak zazwyczaj te piloty są ogólnodostępne, publikowane przez samego Amazona na Youtubie i właśnie to, jaką informację zwrotną dostaną od oglądających, decyduje czy serial dostanie dalszą kontynuację. Na każdy plus jest też minus, więc według mnie po roku mało kto będzie pamiętał, że był bardzo podekscytowany daną produkcją, żeby z takim samym zapałem do niej powrócić, skoro to był tylko jeden odcinek, który trzeba będzie i tak obejrzeć jeszcze raz dla przypomnienia.

Strategie emitowania seriali, netflix, hulu, streaming,

Różne, dziwne kombinacje

Strategią, która działa tylko w przypadku danego gatunku i odbiorców, jest emitowanie pojedynczych klipów na różnych mediach społecznościowych, które dopiero pod koniec tygodnia składają się w jeden odcinek emitowany w telewizji. Mam na myśli norweską stację NRK i ich najbardziej znaną produkcję „Skam”. Metoda, jak się okazuje, jest bardzo skuteczna wśród młodzieży, która dosłownie zamiera i zatrzymuje swoje życie, żeby zobaczyć nowy klip. Jednocześnie poprzez wstawianie pełnego odcinka ze wszystkimi fragmentami, dają możliwość na normalne oglądanie dla tych, którzy wolą zobaczyć taki epizod na spokojnie.

Adult Swim też czasami publikuje nowe odcinki trochę inaczej. Nie dotyczy to „Rick and Morty”, ale w przypadku „Hot Streets”  dodają co tydzień po dwa odcinki, a nie jeden. Myślę, że taka strategia nie ma większego wpływu na odbiór i nie robi różnicy, ale warto o niej wspomnieć.

Niezależnie od strategii, sami tak naprawdę decydujemy, w jaki sposób najlepiej nam się ogląda. Nikt nie broni też mieszać metod. Można obejrzeć na raz cały sezon serialu emitowanego cotygodniowo, ale dopiero jak się skończy. Jak jest się jakiegoś rodzaju czarownicą samokontroli, to można sobie dawkować też serial, który jest w całości już wrzucony. Ważne, żeby czerpać z tego największą radość.
 

Komentarze

(1)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Monika Kujawa
    Monika Kujawa
    @Moniska07

    Co do Amazona, to najnowsze doniesienia sugerują, że mogą zrezygnować ze swojego pomysłu z pilotami. Plus pilotażowe odcinki seriali z "pilot season" są dostępne za darmo na ich stronie, nie na yt i to tam właśnie można zostawić swoje opinie. Jeśli ktoś śledził serial powstały w ten sposób, może zauważyć jak opinie ludzi wpłynęły na zawartość - przykładowo w "The Tick" ponownie udostępniony po roku pilot zawiera dodatkowe sceny, a w dalszych odcinkach zmieniono m.in. kostium tytułowego bohatera. Fajna sprawa, ale zgadzam się, że czekanie rok po jednym odcinku to jednak zbyt długi czas...
    Zarówno maratony serialowe, jak i oglądanie z tygodnia na tydzień mają swoje plusy i minusy - to co zawsze dla mnie było interesujące, to możliwość dzielenia się wrażeniami z innymi osobami i snucia teorii. Przy serialach Netflixa póki nie obejrzymy całości, to ciężko wdać się w jakieś dyskusje, bo może odpowiedź na którą czekamy jest jeszcze w kolejnych odcinkach. Jest to pewnego rodzaju motywacją, żeby szybciej skończyć serial i móc o nim porozmawiać. Uwielbiam to, że nie muszę czekać, by dowiedzieć się co będzie dalej. A jednocześnie czekanie pozwala na omówienie i wymyślenie własnych teorii. Oglądanie takiego "Westworldu" bez rozmyślania co czeka nas dalej traci odrobinę swojej magii. Podoba mi się, że jest zróżnicowanie w sposobie emisji, a ostatecznie i tak każdy może wybrać swój własny sposób oglądania.