Artykuły

Ekranizacje komiksów to zawsze trochę problematyczna sprawa. Medium niby do kina podobne: dynamiczne, obrazkowe, skupione na akcji, ale jednak jakoś często wychodzi nie tak, jak trzeba: zbyt kiczowato, bohaterowie spłaszczeni, generalnie trochę głupio. Z tym większą ciekawością zabrałem się w zeszłym roku za oglądanie „Preachera”, ekranizacji legendarnego komiksu Gartha Ennisa i Steve'a Dillona. I trafiłem na coś nietypowego, szczególnego i dziwacznego, z czym do dzisiaj nie do końca wiem, co zrobić.

W małym miasteczku w Teksasie jest pewien kościół. W tym kościele Jesse Custer, człowiek z przeszłością i alkoholik, pełni posługę kapłańską. Jest kaznodzieją (ang. preacher). Jesse po ekscesach młodości poszedł w ślady ojca, który służył Bogu w tym samym kościele, w tym samym małym miasteczku w Teksasie. Jesse ma kryzys wiary. Gdy go poznajemy, wstępuje w niego pewna tajemna siła, która (dosłownie) daje mu władzę nad innymi. Wystarczy, że powie im, co robić, i nie mogą mu się oni sprzeciwić.

Dominic Cooper, Jesse, kaznodzieja alkoholik

Senność małego miasteczka, czyli metoda i problem

Serial pełen jest klaustrofobicznej, małomiasteczkowej atmosfery. To częsty zabieg w amerykańskiej popkulturze. Wystarczy wymienić takie produkcje jak: „Sneaky Pete”, „Ozark” czy „Fargo”. Choć „Preacher” najbardziej kojarzył mi się z „True Blood”, opowieści o wampirach w Luizjanie. Twórcom udało się jednak uciec od kiczu, w który popada momentami serial Alana Balla. Za produkcję odpowiada między innymi Seth Rogen, który nigdy nie stroni od kontrowersji i nietypowych rozwiązań, ale też dba o dobrą jakość swoich produkcji. A nad całością czuwali też sami Ennis i Dillon – twórcy komiksu.

I tak w powolnej, sennej niemal atmosferze dzieją się rzeczy coraz dziwniejsze. Moc Jesse'go wywołuje reperkusje, ale nie jest bynajmniej najdziwniejszym elementem akcji. Spotykamy anioły (ale zupełnie nie takie, jakbyście sądzili) i jednego, raczej zagubionego, wampira. W tym wszystkim sami mieszkańcy miasteczka tworzą zbieraninę bodaj najdziwniejszą. Chłopiec, który próbował popełnić samobójstwo za pomocą strzelby i w miejscu ust, ma teraz otwór, który wygląda jak ludzkie zwieracze. Odin Quincannon, właściciel zakładów mięsnych i najbogatszy obywatel miasteczka, który jest fanatycznym ateistą. Dawna dziewczyna Jesse'go, jeszcze z czasów innego życia: Tulip – przepiękna, twarda sztuka, która chce odzyskać Jesse'go i dokonać zemsty na wspólnym wrogu.

Preacher, ass-mouth

Postaci są dobrze wykreowane, ale akcja rozwija się powoli, momentami wręcz sennie. Przyznam, że w pewnym momencie przestałem nawet oglądać „Preachera”, być może przez ten zbyt powolny rozwój wydarzeń. Choć pierwsza seria ma tylko 10 odcinków, to wydają się one tak powolne, że czujemy się tak, jak gdybyśmy obejrzeli przynajmniej 15. Tempo serialu nie jest przy tym złe, wszystko się składa i klei; po dwóch bardzo powolnych, sennych odcinkach twórcy potrafią nam zaserwować prawdziwą bombę, masakrę czy wielkie wydarzenie, ale potem znowu wracamy do senności małego teksańskiego miasteczka. A to wszystko to tylko uwertura do wielkiej podróży przez Amerykę w poszukiwaniu Boga (sic!), która zaczyna się od drugiej serii. Czyli pierwsza seria to de facto tylko wstęp do prawdziwej historii, coś, co w innym serialu zapewne zostałoby pokazane jako prequel. Coś nietypowego. I potencjalnie problematycznego.

Kolory i krew, czyli jak wywołać poczucie absurdu

Z komiksu wprost zostały przeniesione przemoc i absurd. W świecie byłych przestępców, wampirów, bezlitosnych teksańskich przedsiębiorców przemoc nie jest niczym dziwnym, ale jest ona w tej opowieści szczególnie uwypuklona i podkreślana. Krwawe sceny pokazywane są ze wszystkimi szczegółami, a ludzie są dla siebie okrutni i nieprzyjemni.

Cassidy, violence, Preacher

Jednocześnie sposób kręcenia serii jest bardzo specyficzny. Trudno to oddać w tekście, ale sądzę, że tu najlepiej twórcy uchwycili komiksowość serii. Pojedyncze, przedłużone ujęcia, pokazujące jakiś detal albo postać wykonującą jedną czynność, przypominają sceny z komiksu. Do tego kolorystyka jest często bądź przygaszona, bądź przesadnie wyostrzona. To wywołuje poczucie odrealnienia i absurdu.

Makabra i absurd mieszają się w „Preacherze” nieustannie. Jak w ósmym odcinku, w którym ludzie bogatego przedsiębiorcy, Odina Quincannona, szturmują kościół. Po pierwszej nieudanej próbie, zagrzani przemową Odina, szarżują, pełni optymizmu, i zostają odparci przez świetnie strzelającego kaznodzieję, ale jeden z nich dostaje się tak blisko, że towarzysze tracą go z oczu. Gdy ten pojawia się na horyzoncie do taktu podniosłej muzyki, wszyscy wiwatują. Widać, że trzyma coś w rękach. Gdy podchodzi, okazuje się jednak, że to jego własny penis, który Jesse odstrzelił, co radośnie, w szoku, oznajmia swoim towarzyszom. Po tej nieudanej próbie Odin stwierdza, że trochę tu zostaną, i wokół oblężenia kościoła zaczyna organizować się regularny piknik. Teksańczycy grają we frisbee, pieką kiełbaski, a młoda mama z dzieckiem pyta znajomą (z nadzieją w głosie), czy będzie jeszcze jedna strzelanina.

Preacher, anioły

W innej sytuacji poznajemy pewną cechę aniołów – nie mogą one nigdy umrzeć. I kiedy ktoś próbuje je zabić, to, owszem, jedna „cielesna powłoka” umiera, ale zaraz po prostu pojawia się kolejna kopia – jak uparty klon. Po krwawej walce, w której, we własnym pokoju motelowym, ginie parę ich „klonów”; pokoju tego nigdy nie sprzątają, żyjąc w czymś, co przypomina miejsce zbrodni, ze śladami krwi na ścianach i zniszczonymi meblami. Nie przejmują się w końcu ziemskimi rzeczami. Poczucie odrealnienia rośnie.

I właśnie taki jest ten serial – dziwny, nietypowy, kosmaty, odchodzący od standardów. I dlatego mam z nim problem. Jestem zafascynowany, ale też trochę zniechęcony. Miłośnikom tego, co inne na pewno się spodoba. Na pewno nie spodoba się wszystkim.

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Preacher

Wyroki boskie nie są nikomu znane, jednak kiedy kaznodzieja Jesse Custer otrzymuje specyficzny dar, dobrze wie, jak powinien go wykorzystać. Potrafi zmusić każdego, …