Artykuły

Bijcie na alarm! Ludzie nam zwariowali! Seriale o mordercach chcą oglądać. I to nie o takich fikcyjnych, ale o tych jak najbardziej realnych. Takich, którzy w dokładnie tej samej rzeczywistości, w której żyjemy, kilkanaście lat wcześniej dokonywali straszliwych zbrodni. Dlaczego poświęca im się tyle uwagi, której przecież większość z nich tak pragnie? Czy ta fascynacja jest jakkolwiek zdrowa, czy może dawno przekroczyliśmy już pewną granicę? I wreszcie. Gdzie owa fascynacja ma swoje źródła?

Popularność seriali true crime rośnie błyskawicznie. Trend na seriale o prawdziwych zbrodniach pojawił się kilka lat temu i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miał osłabnąć. Wraz z premierą kolejnych tytułów coraz częściej pojawiają się pytania: „Czy to aby na pewno jest słuszne?”, „Gdzie leży granica?” – wątpliwości te trudno uznać za kompletnie bezzasadne. Jednak czy oznacza to, że oglądając „The Keepers” czy „Making a Murderer” powinno nawiedzać nas nieznośne poczucie winy? Odpowiedzi pewnie się domyślacie, ale mimo wszystko zacznijmy… od początku.

Czy królowa Wiktoria też mogła być fanką true crime?

W poszukiwaniu źródeł gatunku true crime potrzebujemy cofnąć się mniej więcej do XVI wieku. Wtedy to bowiem na Wyspach Brytyjskich zaczęły pojawiać się dość osobliwe broszury. Liczyły sobie one zwykle od 6 do 24 stron i opisywały w szczegółowy sposób zbrodnie, popełniane w tamtym okresie. Nie miały one jednak charakteru reportażu, bliżej było im do pamfletów, które do sprawy podchodziły ze znacznie większym dystansem. W kolejnych latach nurt rozwijał się w stosunkowo niewielkim tempie.

Za pioniera właściwego gatunku true crime uznać można chyba Amerykanina Edmunda Pearsona, który w pierwszej połowie XX wieku publikował w amerykańskiej prasie historie morderstw dokonywanych w Stanach Zjednoczonych, przy czym skupiał się on mocno właśnie na postaciach zabójców. Druga połowa ubiegłego wieku to już pierwsze książki w nurcie true crime, za którymi wkrótce podążyły filmy. „The Thin Blue Line” z 1988 roku stał się być może inspiracją dla twórców „Making a Murderer”, do którego wrócimy później, ale już teraz warto zaznaczyć, że nawet w latach 80. gatunek true crime miał wpływ na otaczającą nas rzeczywistość.

Czy mamy się czym martwić?

Historie morderstw i morderców cieszą się niesłabnącą popularnością od prawie 500 lat. Wysnuwanie wniosków, że w dzisiejszych czasach panuje jakaś wyjątkowa znieczulica i to najpewniej spowodowana postępem technologicznym, jest więc niedorzeczne. W którą ze stron należy się kierować, szukając wyjaśnienia tego fenomenu? Czy true crime można porównać do zwykłych kryminałów i thrillerów, czy są one odbierane przez widza w podobny sposób?

Wydaje się, że nie. Gdyby tak było, zabieg polegający na umieszczaniu na początku filmu czy serialu informacji, że jest on oparty na faktach, byłby bezcelowy. Poczucie, że przedstawiane wydarzenia rzeczywiście miały miejsce i że uczestniczyli w nich ludzie tacy jak my, pozwala nam zdecydowanie bardziej angażować się w historię.

Ted Bundy, Netflix
Ted Bundy

 

Więc może rzeczywiście szybki rozwój i poprawa jakości życia sprawiły, że chętniej sięgamy po historie ludzi krzywdzących innych ludzi. Poczuliśmy się stosunkowo zbyt bezpiecznie i nieświadomie poszukujemy emocji? To brzmi jak coś, co mogłoby mieć sens. W tym przypadku z pomocą przychodzi nam jednak psycholog sądowa Katherine Ramsland, której wypowiedzi przytacza portal Bustle:

Przede wszystkim interesuje nas, kto jest zdolny dokonać takich zbrodni – chcemy dowiedzieć się, co siedzi w głowach tego typu ludzi. Z jednej strony fascynują nas umysły morderców popełniających najbardziej odrażające czyny, a z drugiej kochamy przecież zagadki, zastanawiać się, jak do czegoś doszło, składać fakty w całość.

Katherine Ramsland nie uważa jednak tego za coś degeneracyjnego, wręcz przeciwnie – tego typu zachowania są w pełni normalne, wynikają z ewolucji i służą człowiekowi do przystosowania się do otaczającego go środowiska.

Ewolucja skłania nas do tego, by poświęcać znacznie więcej uwagi temu, co może nas w jakiś sposób skrzywdzić.

Wydaje się więc, że absolutnie w niczym tu nie zawiniliśmy. Kto by pomyślał, że do oglądania „The Confession Tapes” skłania was sama matka natura, a jako taka fascynacja mordercami bierze się stąd, że nieświadomie chcemy dowiedzieć się jak działają, by w przyszłości nie paść ich ofiarą. Nie oznacza to jednak, że wszystkie ręce są tu krystalicznie czyste i możemy gasić światło.

Trudny fach

Wciąż pozostają nam bowiem sami twórcy seriali true crime. Absolutnie nie można mieć do nich pretensji, że starają się sprzedać coś, na co jest popyt. Zastrzeżenia można mieć jedynie do jakości towaru, który sprzedają. Kwestią dyskusyjną jest tu bowiem sposób przedstawiania głównych „bohaterów”. Problemu tego nie da się rozwiązać w jednym krótkim artykule, a wymaga to raczej etycznych i moralnych analiz, ale spróbujmy pokrótce ten oto problem zarysować.

Większość seryjnych morderców, popełniając kolejne zbrodnie, stara się o jak największy rozgłos. Chcą wykreować swoją legendę, zawładnąć ludzkimi umysłami. Seriale, które przedstawiają ich jako wyjątkowych, niezrozumianych indywidualistów, niejako rozbudowują tę legendę. Mimo że owi zabójcy siedzą już dawno za kratami lub nawet nie żyją, historia, którą sami wykreowali, jest nadal żywa. Stąd też protesty rodzin ofiar są jak najbardziej zrozumiałe. Właśnie to wydaje się najważniejszym problemem seriali true crime. W jaki sposób ukazać odmienność morderców, tak by nie zahaczać o wyjątkowość czy co gorsza gloryfikowanie, a przy tym jednocześnie trzymać się faktów? Zadanie wydaje się niezwykle trudne, aczkolwiek twórcy wielu dotychczasowych produkcji dobrze z sobie z nim poradzili.

Making a Murderer, Netflix, Avery
Steve Avery („Making a Murderer”)

 

Kilka akapitów wyżej wywołany został film „The Thin Blue Line”. Na czym polega jego wyjątkowość? Otóż dzięki niemu przywrócono wolność niesłusznie skazanemu za morderstwo Randallowi Dale Adamsowi. Dziś do miana produkcji, które aktywnie starają się coś zmieniać w poruszanych przez siebie sprawach, aspiruje „Making a Murderer” i trzeba przyznać, że całkiem skutecznie. Czy wszystko idzie zgodnie z planem? Pewnie nie, bowiem prokurator, który wsadził Stevena Avery’ego za kratki, otrzymał po emisji serialu około 4 tysięcy gróźb śmierci, jego samochód został ostrzelany, a do jego biura przychodziły paczki z materiałami wybuchowymi. To pokazuje, jakie zagrożenia niesie ze sobą ekranizacja wciąż toczących się spraw.

True crime to gatunek o niezwykłym potencjale, jednocześnie jest on jednym z trudniejszych, a jego podjęcie wiąże się ze sporą społeczną odpowiedzialnością. Pocieszające dla nas widzów jest to, że presja nie ciąży na nas, a ludzie, którzy sądzą inaczej, mogą swoje żale adresować do Karola Darwina.

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Making a Murderer

Dokument śledzący losy Stevena Avery'ego, który po wyjściu z więzienia, gdzie spędził niesłusznie 18 lat, stał się podejrzanym kolejnej zbrodni.


The Confession Tapes

Dokument przygląda się przypadkom, w którym przyznanie się do winy było wymuszone na przesłuchiwanym poprzez zastosowanie odpowiednich praktyk i technik psychologicznych. …