2
Artykuły

Są seriale, które – nieważne, jak dobre będą – nigdy nie trafią do dużego grona odbiorców. Istnieją czynniki mogące to uniemożliwić, takie jak między innymi specyfika gatunku, poczucie humoru czy konteksty kulturowe. Jedną z mniej popularnych serii jest ta, o której dzisiaj wam opowiem: wyprodukowany przez stację ABC „Galavant”.

Śpiewając i tańcząc

„Galavant” opowiada historię mężnego rycerza (tytułowego Galavanta), którego ukochaną porwał zły król Richard – wyrusza więc ze śpiewem na ustach na misję, której celem jest odbicie miłości jego życia ze szponów tyranicznego władcy. Zaznaczam jednak: kiedy piszę „ze śpiewem na ustach”, mam na myśli śpiew dość dosłowny, ponieważ „Galavant” to nie tylko serial fantasy; to też regularnie łamiąca czwartą ścianę komedia, a przede wszystkim... musical!

Nie jest to jednak jeden z tych musicali, w których znikąd bohaterowie zaczynają śpiewać, a po zakończeniu piosenki nigdy o tym nie wspominają. Tutaj utwory muzyczne naprawdę się wydarzają, postaci rozmawiają o nich, ba, zdarzają się sytuacje, w których proponują zaśpiewanie drugi raz!

Duh duh duh duh duh Galavant!

Mimo że uwielbiam niemal wszystkie numery muzyczne z „Galavanta”, uważam, że nie one są jego najmocniejszą stroną. Najmocniejszą stroną tego serialu jest gama barwnych, świetnie zagranych i łatwych do polubienia bohaterów. Galavant (w tej roli Joshua Sasse) to idealny przykład kliszowego głównego bohatera, wspaniałego rycerza, dzielnego wojownika. W obsadzie pojawia się Vinnie Jones grający (szok, niedowierzanie) wrednego, męskiego twardziela o imieniu Gareth. Mimo tego show kradnie wcielający się w króla Richarda Timothy Omundson – w każdej scenie, w której się pojawia, nie da się od niego oderwać wzroku.

Gdybym miał określić poczucie humoru w „Galavancie” jednym słowem, prawdopodobnie byłoby to słowo „specyficzny”. Potem zapytalibyście: „jak to?”, a ja odpowiedziałbym: „absurdalny, losowy, głupkowaty”. To serial, w którym czwarta ściana jest łamana regularnie i bez wahania: nasi bohaterowie dziwią się, że seria dostała przedłużenie na drugi sezon, śpiewają piosenki podsumowujące dotychczasowe wydarzenia, padają zdania „to się wydarzy w finale sezonu”. Śmieją się z demokracji, z rasizmu, z zombie i z całej masy innych rzeczy, których wymieniane mogłoby zająć mi całkiem sporo czasu. W tym aspekcie błyszczy zwłaszcza drugi sezon.

Posypka z gości

Mamy więc świetne piosenki, bohaterów i humor. Dołóżcie do tego jeszcze na dokładkę pojawiających się niemal w każdym odcinku gości, do których zaliczają się: Weird Al Yankovic, Kylie Minogue, Nick Frost czy John Stamos – a to dopiero początek listy.

Podsumowując: „Galavant” to serial, który możecie pokochać od pierwszej sceny, lub od pierwszej sceny znienawidzić. Ciężko będzie znaleźć coś pomiędzy. Mimo wszystko – polecam wam ten serial. To jedna z moich ulubionych komediowych serii, a kilka piosenek do dzisiaj mam zapisanych na Spotify, bo po prostu przyjemnie jest do nich wrócić. Zostawiam was z pierwsztym utworem, który słyszymy w serialu – to jednocześnie jego otwierające scena i po niej powinniście wiedzieć, czy chcecie go oglądać.

Komentarze

(2)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Mateusz Myślicki
    Mateusz Myślicki
    @MateuszMyslicki

    Namawiał, namawiał i namówił.

  • Monika Kujawa
    Monika Kujawa
    @Moniska07

    Serial, do którego uwielbiam wracać <3 Za jedną z fajniejszych rzeczy dotyczących 2. sezonu uważam piosenki bazujące na znanych numerach musicalowych. Zdecydowanie zgadzam się z pochwałą dla Timothy'ego Omundsona, cieszę się, że produkcja rozwinęła postać Richarda. Nadal jest mi trochę smutno, że 3. sezon nie powstał, ale przynajmniej większość wątków została dobrze zamknięta.

Powiązane

Seriale