Artykuły

Za oknami wiosna idzie pełną parą, a na naszych mniejszych i większych ekranach wylądowały już pierwsze serie anime z nowego sezonu. Na razie wygląda to obiecująco, ale zanim w pełni damy porwać się zakręconej renesansowej artystce („Arte”), cierpieniom młodych ludzi po studiach („Yesterday o Utatte”) czy adaptacji hitowego koreańskiego webtoona („Tower of God”), spójrzmy jeszcze raz na miniony sezon, który miał kilka niezłych serii. Nie mamy czasu na szczegółowe omówienie wszystkiego, więc skupimy się na tym, co mi najbardziej przypadło do gustu.

„Somali to Mori no Kamisama” / „Somali i Strażnik Lasu”

Tak samo jak w kinematografii, w anime również spotkamy kino drogi. Jest to forma od lat popularna, a niektórzy przedstawiciele dorobili się statusu kultowych, jak na przykład „Mushishi” czy „Kino no Tabi”. W „Somali to Mori no Kamisama” do motywu podróży dodano jeszcze jeden z moich ulubionych wątków, a mianowicie relację między ojcem a dzieckiem.

somali to mori no kamisama, anime, zima 2020, sezon

Świat zamieszkują różnego rodzaju potwory, demony i inne mityczne stworzenia. Ludzie prawie wyginęli, a ich niedobitki albo służą jako niewolnicy, albo jako źródło mięsa. Bezimienny golem pilnuje i dogląda lasu. W pewnym momencie, w jednym z pni znajduje ludzkie dziecko. Przygarnia je i staje się dla niego przyszywanym ojcem. Razem wyruszają w długą i żmudną podróż w celu znalezienia ostatnich ludzi, którzy mogliby zaopiekować się Somali. Bowiem nawet dla najbardziej majestatycznych i długowiecznych istot czas kiedyś się kończy…

„Somali to Mori no Kamisama” to ciepła opowieść o uczeniu się nawzajem oraz momentami dobitna lekcja tolerancji. Poznając, co tak naprawdę przydarzyło się ludziom i dlaczego praktycznie wyginęli, wielokrotnie uderzy nas podobieństwo do współczesnych sytuacji i da nam do myślenia.

„ID: Invaded”

Crime dramy urzekają realizmem. Widzów intrygują historie policyjne, które mogłyby mieć miejsce w rzeczywistości. Ale gdy do równania dodamy anime, musimy być przygotowani na pewien stopień bullshitu. Jeśli go zaakceptujemy i będziemy w stanie spojrzeć ponad niego, to niejednokrotnie dostrzeżemy naprawdę niezłą serię. Dokładnie tak jest w przypadku „ID: Invaded”. Główna mechanika świata brzmi niedorzecznie – sprawcy podczas zbrodni wydzielają cząsteczki mordu, które później zbierane są przez policję. Następnie specjalna jednostka policji rekonstruuje tak zwaną studnię, będącą odzwierciedleniem psychiki przestępcy i szuka w niej wskazówek pozwalających na zidentyfikowanie i złapanie go. Do operowania wewnątrz studni potrzebny jest wybitny detektyw Sakaido, którego poczynania prowadzą do znajdywania poszlak. W rzeczywistości Sakaido nazywa się Narihisago Akihito. Jest byłym policjantem, skazanym za zabicie seryjnego mordercy, Challengera, który był odpowiedzialny za śmierć jego córki, Muku. Wraz z zespołem bohater próbuje nie tylko złapać grasujących przestępców, ale również tajemniczego Johna Walkera, odpowiadającego za stwarzanie kolejnych psychopatycznych zabójców.

„ID: Invaded” przyciąga nieźle zbudowaną intrygą, ciekawie skonstruowanymi światami wewnątrz studni przestępców oraz fenomenalnymi piosenkami autorstwa ikony japońskiego rocka, Miyaviego. Ending „Other Side” oraz kilka utworów lecących w trakcie odcinków pochodzi z jego ostatniej płyty, „No Sleep Till Tokyo”.

„Itai no wa Iya nano de Bougyoryoku ni Kyokufuri Shitai to Omoimasu”

Do pewnego momentu serie, których fabuła działa w świecie gier komputerowych, nie zdarzały się nader często. Jedynym znaczącym tytułem była seria „.hack”. Wszystko zmieniło się przez Kawaharę Rekiego. Jego serie „Accel World” i „Sword Art Online” wzięły świat szturmem, najpierw jako light nowelki, a potem jako anime. Na fali popularności tych tytułów niczym grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się im podobne, bardzo często imitujące główny motyw „SAO” – zamknięcie w grze. Trochę inne, o wiele lżejsze podejście do tematu, prezentuje niedawno zakończone „Itai no wa Iya nano de Bougyoryoku ni Kyokufuri Shitai to Omoimasu” (co w luźnym tłumaczeniu oznacza „nie lubię, jak boli, więc dam wszystkie punkty w obronę”).

Kaede kupuje VRMMORPG „NewWorld Online”. Nie jest wielką fanką gier, ale decyduje się na zakup pod wpływem swojej przyjaciółki Risy. Na etapie tworzenia postaci otrzymuje pulę punktów do rozdania i bez większego namysłu ładuje wszystko w obronę. Logika jest prosta – Kaede nie lubi odczuwać bólu, więc takie posunięcie wydaje się naturalne, nawet jeśli odbywa się to kosztem ataku i szybkości. Defensywne statystyki nadają bohaterce nowe umiejętności, które przydają się przy levelowaniu i rozwijaniu postaci. Z czasem Maple (pseudonim Kaede w grze) staje się bardzo znanym graczem, który ma w swoim rękawie niejednego asa.

bofuri, anime, zima 2020, maple

„Bofuri” jest prostą, humorystyczną historią, której głównym celem jest rozbawienie widza i ponabijanie się z MMORPG. Oprócz głównej bohaterki mocną stroną jest cała gama postaci drugoplanowych, spośród których każdy znajdzie swoją ulubioną. Choć momentami seria może irytować łatwością, z jaką Maple zdobywa kolejne potężne bronie, to jednak epickie i zabawne momenty pozwalają jej to wybaczyć.

„Dorohedoro”

Zakończona w 2018 roku manga autorstwa Hayashidy Q w końcu doczekała się adaptacji. „Dorohedoro” zabiera nas w pokręcony świat dwóch wymiarów – dolnego, zwanego potocznie Dziurą oraz górnego, zamieszkałego przez czarodziejów. Dziura przypomina cyberpunkowe slumsy, w których najniższe warstwy społeczeństwa próbują jakoś żyć z dnia na dzień. Magowie pojawiają się w nich, by ćwiczyć i doskonalić swoje czary. Warto zaznaczyć, że nie mamy tu do czynienia z generycznym kanonem zaklęć niczym z Harry’ego Pottera. Każdy z mieszkańców górnego świata ma swój własny, oryginalny rodzaj magii – niektórzy potrafią leczyć wszelkie rany, inni zmieniać ludzi w owady albo nawet manipulować czasem. Pośrodku tego zwariowanego grajdołka poznajemy Caimana, człowieka z gadzią głową, cierpiącego na amnezję. Razem ze swoją przyjaciółką, Nikaidou, próbują znaleźć czarodzieja, który jest odpowiedzialny za obecny wygląd bohatera. Bowiem efekt czyichś czarów można zdjąć poprzez zabicie ich autora.

dorohedoro, zima 2020, anime, hayashida q

„Dorohedoro” wyróżnia się ciekawie zbudowanym światem, wciągającą fabułą, niejednokrotnie potrafi rozbroić scenami komediowymi, a do tego nie cacka się, jeśli chodzi o lanie krwi strumieniami i fruwanie odciętych części ciała. Seria liczy obecnie 12 odcinków, ale fabuła zostanie dokończona w sześciu OVA, które wkrótce ukażą się na Blu-rayach.

„Eizouken ni wa Te o Dasu na!”

Yuasa Masaaki jest obecnie jednym z najlepszych i najbardziej oryginalnych reżyserów anime. Serie i filmy jego autorstwa wyróżniają się stylem graficznym i nie sposób oderwać od nich wzroku. Nie powiem, że tym razem przeszedł samego siebie, ale… cholera, „Eizouken ni wa Te o Dasu na!” było niewiarygodnie piękną pochwałą animacji. Wraz z bohaterkami zagłębiamy się w szczegóły surowego procesu tworzenia tej sztuki i widzimy, jak wiele pracy trzeba włożyć nawet w najbardziej banalnie wyglądający ruch postaci czy przedmiotu.

Asakusa Midori jest nieśmiałą, zamkniętą w sobie licealistką, która uwielbia szkicować świat dookoła niej i kocha anime. W szkole poznaje Mizusaki Tsubame, nastoletnią modelkę i córkę słynnych aktorów, która mimo pierwszych sukcesów w show-biznesie marzy o zostaniu animatorem. Obie doskonale się uzupełniają – Asakusa specjalizuje się w tworzeniu otoczenia, a z kolei Mizusaki ma talent do animowania postaci. Trio dopełnia Kanamori Sayaka, cyniczna przyjaciółka Asakusy, która uwielbia wszystko, co ma związek z pieniędzmi. Razem zakładają Eizouken, szkolny klub, który ma jasno postawiony cel – stworzyć własne anime! Droga do tego będzie kręta i wyboista. Kłody pod ich nogi rzucać będzie szkoła, samorząd uczniowski, a także rodzice Mizusaki.

Crème de la crème całej serii stanowią segmenty, w których dziewczyny urządzają burze mózgów i puszczają wodze swojej fantazji. Ich zwariowane i często abstrakcyjne wymysły pokazują, że kreatywność i wyobraźnia nie mają i nie powinny mieć granic.

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.