Artykuły

Anime to medium, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Kiedy sądzisz, że nie da się już wymyślić nowego pomysłu na fabułę, japońscy twórcy stwierdzają „potrzymaj mi piwo”. W konsekwencji co kwartał emitowane są dziesiątki nowych serii. Nie inaczej było podczas zimy 2018. W tym podsumowaniu postaram się przybliżyć wam kilka godnych uwagi tytułów z minionego sezonu, po które sięgnąć mogą nawet widzowie mało zaznajomieni z anime.

„Sora yori mo Tooi Basho”

Czy tego chcecie czy nie – rynek anime kręci się wokół dziewczynek. Na fali sukcesu takich serii jak choćby K-On!, od lat co sezon produkowane są tytuły w myśl zasady „cute girls doing cute things”. Z biegiem czasu jednak owe „cute things” nieraz przestawały być cute lub obierały bardzo ekstremalny kierunek. Z tym drugim mamy do czynienia właśnie w „Sora yori mo Tooi Basho”. Poznajemy jedną z bohaterek, Mari Tamaki, gdy budzi się pewnego dnia i stwierdza, że marnuje swoją młodość i w ogóle z niej nie korzysta. Postanawia zmienić ten stan rzeczy i przeżyć wielką przygodę. Choć pierwsza próba wyruszenia na wyprawę kończy się porażką, to Kimari (taki pseudonim nosi Mari) wkrótce poznaje Shirase Kobuchizawę, uważaną w szkole za dziwaczkę dziewczynę, której celem jest wyprawa na Antarktydę. Trzy lata przed rozpoczęciem fabuły matka Shirase była uczestniczką cywilnej ekspedycji na biegun południowy, z której nie powróciła. Z tego powodu Shirase poprzysięgła, że dotrze tam, nie bacząc na to, co mówią wszyscy dookoła. Pasja i energia Shirase inspiruje Kimari do zainteresowania się Antarktydą i powoduje, że Kimari postanawia udać się tam razem z Shirase. Od tego momentu zaczyna się niezwykła podróż licealistek do miejsca, które jest dalej niż niebo.

Sora yori mo Tooi Basho, anime, serial

„Yorimoi” (skrót tytułu) to prawdziwe anime drogi. Odbywamy podróż razem z bohaterkami, obserwujemy ich rozwój i to, jak radzą sobie z przeciwnościami losu. Do tego dostajemy sceny humorystyczne, podczas których nie można przestać się śmiać. Od strony technicznej również wszystko wygląda bardzo dobrze – ładna kreska, wpadające w ucho piosenki i świetna gra aktorek głosowych. Dobra robota, Madhouse!

„Yuru Camp”

Zostajemy w temacie dziewczynek, ale tym razem czas na „leczenie”. Część „dziewczynkowych” serii zalicza się również do tzw. iyashikeiów. Są to serie, w których z reguły nic się nie dzieje, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Oglądając tego typu anime mamy się odprężyć, zrelaksować i choć na chwilę zapomnieć o szarej codzienności – jednym słowem mają nas „uleczyć”. Najświeższym przykładem iyashikeia (i to niezwykle dobrym) jest „Yuru Camp”. Jak sama nazwa wskazuje jest to anime o kempingowaniu. Śledzimy losy dwóch dziewcząt, Rin i Nadeshiko, które są entuzjastkami spędzania czasu na świeżym powietrzu pod namiotem. Do tego w pakiecie dostajemy masę użytecznych informacji na temat biwakowania, piękne pejzaże i, jak to zwykle bywa w tego typu produkcjach, masę śmiechu. Na osobne wyróżnienie zasługuje ścieżka dźwiękowa autorstwa Akiyukiego Tateyamy, która jest absolutnie fenomenalna. Idealnie pasuje do klimatu serii i potęguje uczucie sielankowości. Zresztą sami posłuchajcie:

„Koi wa Ameagari no You ni”

Miłość to jeden z najstarszych motywów w książkach i filmach. Tak samo jest z anime. Obecnie niezwykłym wyzwaniem jest stworzyć historię miłosną, która będzie świeża i która będzie odbiegać od klisz gatunku. Mangaczce Jun Mayuzuki udało się tego dokonać w serii „Koi wa Ameagari no You ni”, na podstawie której Wit Studio nakręciło anime o tym samym tytule. Główna bohaterka, Akira Tachibana, jest licealistką, której pasją było bieganie, ale przez kontuzję musiała z niej zrezygnować, co oczywiście było dla niej druzgocące. Pewnego dnia, wracając od lekarza, Akira schroniła się w restauracji przed deszczem. Wpatrując się smutno w deszcz za oknem, otrzymała kawę, której nie zamawiała. Kawę podał jej menadżer restauracji, 45-letni Masami Kondō. Szczerym uśmiechem i prostą magiczną sztuczką próbował poprawić humor klientce. Jednak nie przypuszczał, że ta 17-letnia dziewczyna potajemnie zakocha się w nim. Niedługo potem Akira zatrudniła się w tej restauracji. „KoiAme” to historia bardzo niewinnej miłości, której motorem napędowym jest właśnie różnica wieku między bohaterami. Smaku nadaje jej kontrast wynikający z ich postaw wobec tego uczucia. Z jednej strony mamy na pozór stonowaną Akirę, która jednak jest stanowcza i uparta w tym, co czuje, a z drugiej strony Kondō – trochę gapowatego faceta, który nie za bardzo wierzy, że nastolatka mogłaby się w nim zakochać. Dużym plusem serii jest to, że bohaterowie muszę zmierzyć się również ze swoimi innymi problemami, co nadaje świeżości fabule i sprawia, że nie zostajemy zamęczeni przez wątek romantyczny.

Koi wa Ameagari no You ni, anime, serial

„Violet Evergarden”

Jakiś czas temu Netflix zorientował się, jak wielu jest fanów anime na świecie i zaczął inwestować w japońską animację. W zeszłym roku platforma oferowała ekskluzywnie m.in. „Kakegurui” czy „Little Witch Academia”, jednak prawdziwy hit mieliśmy otrzymać w tym roku – „Violet Evergarden”. Od 2016 roku, kiedy to Kyōto Animation pokazało pierwsze materiały wizualne w ramach promocji nowelki, fani czekali z niecierpliwością. Hype był ogromny.

Tytułowa Violet Evergarden to była żołnierz, która próbuje odnaleźć swoje miejsce w powojennym świecie przypominającym Europę po I wojnie światowej. Od dziecka była traktowana jako ludzka broń, w wyniku wojny straciła oba ramiona i została oddzielona od swojego przełożonego, majora Gilberta, który był dla niej całym światem. Po wojnie Violet otrzymuje mechaniczne protezy ramion i trafia pod opiekę Claudii Hodginsa, przyjaciela Gilberta z wojska, który właśnie otworzył kompanię pocztową. Tam Violet postanawia zostać tzw. „Auto Memory Doll”, czyli ghost writerem, i pisać listy w imieniu klientów. Problem polega na tym, że znająca wymagające zwięzłości i dosłowności realia wojskowe, Violet kompletnie nie ma pojęcia, jak przekazywać uczucia. Nie poddaje się jednak, ponieważ postawiła sobie za cel zrozumieć ostatnie słowa, jakie usłyszała od majora: „kocham cię”.

Violet Evergarden, serial, anime, Netflix

Kyōto Animation przyzwyczaiło widzów w ostatnich latach do świetnej oprawy audiowizualnej. Przy „Violet Evergarden” studio stanęło na wysokości zadania. Oczy cieszą projekty postaci, stroje i krajobrazy. Animacja jest płynna, a w niektórych scenach wręcz fantastyczna. Idealnie do całej serii pasuje również ścieżka dźwiękowa autorstwa Evana Calla. Czy fabuła dorównuje opakowaniu? Początkowe odcinki może nie porywają, ale im dalej, tym lepiej, a niektóre z dalszych odcinków co wrażliwszych mogą doprowadzić do łez.

„Violet Evergarden” to takie anime, o którym zdania pewnie zawsze będą podzielone. Fani będą je przesadnie wychwalać, a hejterzy twierdzić, że poza ładną oprawą nie jest aż takie dobre. Najlepiej przekonać się samemu.

„B: The Beginning”

O ile „Violet Evergarden” było serią, którą Kyōto Animation pewnie zrobiłoby niezależnie od tego, czy Netflix dołożyłby pieniądze czy nie, o tyle „B: The Beginning” jest pełnoprawnym netflixowym „originalem”. Szczegółowo na ten temat pisał nasz redakcyjny kolega Paweł Pustuła tutaj, ale od siebie dodam tylko, że choć jedna jaskółka wiosny nie czyni, to jeśli kolejne oryginalne anime od Netflixa będą na podobnym poziomie co „B”, to fani mogą być spokojni o dobre serie.

„Hakata Tonkotsu Ramens”

Na koniec naszego podsumowania seria, która może nie zadziwia wizualnie jak niektóre z powyższych, ale nadrabia wartką i wciągającą akcją. Będąca dzielnicą Fukuoki Hakata to tętniące życiem centrum miasta. Jest to również skupisko płatnych morderców i większość postaci w tej serii pracuje właśnie w tym zawodzie lub jest jakoś z nimi powiązana. Nasi główni bohaterowie to Lin Xianming, chiński zabójca, i Zenji Banba, były policjant, pracujący jako prywatny detektyw. Ich drogi krzyżują się kiedy śledztwo Banby ws. skorumpowanego polityka zaczyna prowadzić do organizacji przestępczej, u której swoimi usługami Lin spłaca dług. Na skutek pewnego wydarzenia Lin zwraca się przeciwko swoim wierzycielom, a Banba postanawia mu pomóc.

Oprócz barwnych głównych bohaterów seria serwuje nam gamę równie ciekawych i zabawnych postaci drugoplanowych, jak choćby Enokidę, genialnego informatora-hakera, czy Jirō, geja prowadzącego agencję zajmującą się wykonywaniem zemst. Całości dopełnia jazz, który stanowi sporą część ścieżki dźwiękowej. „Hakata Tonkotsu Ramens” powinna przypaść do gustu miłośnikom miejskich opowieści, a zwłaszcza fanom Ryōgo Narity, ponieważ autorka nowelki, Chiaki Kisaki, jest jego dobrą znajomą i wręcz czuć inspirację „Durararą”.

Hakata Tonkotsu Ramens, serial, anime

Czy można jednoznacznie stwierdzić, czy sezon anime zima 2018 był dobry? Niestety nie jest to możliwe i dotyczy to każdego innego sezonu. Na wszystkie bardzo dobre lub dobre serie przypada tyle samo, a czasami nawet drugie tyle słabych anime, o średniakach nie wspominając. W swoim podsumowaniu skupiłem się na seriach, które pod jakimś względem wyróżniały się w minionym sezonie i trzymały dobry poziom. Jak to zawsze bywa z anime, na pewno każdy znajdzie coś dla siebie.

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale


B: The Beginning

W tym pełnym technologii świecie rozpościera się archipelag Cremona. Głównymi bohaterami są Koku i Keith, będący śledczym monarchijnych sił zbrojnych RIS. Będą …


Recenzje