1
Artykuły

To już rok, odkąd powstał Serialomaniak.pl! Z tej okazji postanowiliśmy z naszymi redaktorami usiąść i zastanowić się, kiedy to całe serialomaniactwo miało swój początek. Każdy zaczynał w innym momencie swojego życia, ale też od innej produkcji, a jednak jesteśmy tu wszyscy, bo połączyła nas miłość do seriali. Zabieramy więc was dzisiaj w bardziej personalną podróż niż zazwyczaj i opowiadamy trochę o sobie, a jak chcecie wiedzieć jeszcze więcej, to klikając nazwisko autora, możecie zapoznać się z jego profilem. Dziękujemy newsmanom, publicystom, zarządowi, wszystkim odpowiedzialnym za organizację oraz oczywiście Wam, czytelnikom. Nie byłoby nas tu, gdyby nie wkład tylu osób. Dziękujemy i działamy dalej!



Maja Chmielewska

Moja prawdziwa, świadoma przygoda z serialami zaczęła się, jak miałam 12 lat (nie liczę tysiąca obejrzanych z babcią odcinków „Mody na sukces”). Zaczęłam wtedy oglądać „Teen Wolf” i byłam zaskoczona samym gatunkiem, jakim jest serial! Że jak to, kilka sezonów i co tydzień nowy odcinek? Ci sami bohaterowie, a wszystko układa się w spójną całość?

Wtedy też naprawdę wciągnęłam się w „Teen Wolf” i byłam szczęśliwa, że tak łatwo i szybko się to ogląda. Chowałam się w garderobie, zasuwałam drzwi i odcinałam się od świata na te 45 minut tygodniowo. Z czasem nawet mój stary już teraz pies zaczął ze mną oglądać i przekrzykiwać się z wyciem wilkołaków w serialu. Mimo że przez tyle lat oglądałam tę produkcję na bieżąco, to dopiero w parę tygodni temu skończyłam ostatni sezon, żeby w końcu zamknąć historię mojego pierwszego serialu.

Teraz, kiedy jestem już po obejrzeniu dziesiątek świetnych tytułów, stwierdzam że „Teen Wolf” nigdy nie był bardzo ambitną produkcją, ale mam do niego olbrzymi sentyment i każdemu polecam go na rozpoczęcie serialowej przygody (niewykluczone, że w przyszłości właśnie tym serialem zarażę mojego nowonarodzonego brata!).



Adrian Kazanowski

Moja historia z oglądaniem seriali zaczęła się dość niewinnie i zasadniczo późno, bo między gimnazjum a liceum. Pomijając już produkcje pokroju „Na dobre i na złe” czy „M jak miłość”, które raczej nie należały do zbytnio ambitnych i oczywiste tytuły z poprzedniego wieku, które emitowano nieustannie, moim pierwszym serialem, po który sięgnąłem, był „House MD.”. O ile wcześniej faktycznie coś oglądałem, o tyle dopiero po zapoznaniu się z płytą z pierwszym sezonem nadszedł moment prawdziwego serialomaniactwa. Serial sam w sobie odkryłem dość późno, więc no cóż, trzeba był nadrabiać, by dotrzeć do bieżących odcinków. Szczerze mówiąc był to ciekawy okres i nie żałuję, że od tego zacząłem przygodę z serialami. Dość szybko po fascynacji doktorem Housem sięgnąłem po inne popularne w tamtym czasie produkcje, jak na przykład „The Vampire Diaries” czy „True Blood”, jednak nie przykuły mojej uwagi w takim samym stopniu, a wręcz szybko poszły w odstawkę. Zasadniczo ciężko się dziwić, nie były one w żaden sposób porównywalne do przygód doktora medycyny.



Tomasz Ferenc

„Zemsta”? „Słodka zemsta”? Prawdopodobnie okolice roku 1995. Wtedy pół Polski oglądało latynoskie telenowele. Niewiele z tego wszystkiego pamiętam. Na serio wciągnąłem się dopiero w kultową „Esmeraldę”. Serial był nadawany przez TVN (zaraz po zmianie nazwy z TV Wisła). Jeden z dwóch-trzech najpopularniejszych zagranicznych seriali w historii naszego kraju. W główną bohaterkę, wiecznie ubraną na zielono niewidomą dziewczynę, wcielała się Leticia Calderón. Stacja zaprosiła ją do Polski. Tłumy na lotnisku i przed hotelem. Ludzie mdleją, piski, wrzaski. W „Faktach” codzienne relacje z wizyty. Coś nieprawdopodobnego. Z normalniejszych rzeczy pamiętam „Wyspę niedźwiedzi”, chociaż nie wiem, czy w tym przypadku „normalniejsza rzecz” to odpowiednie określenie. Kompletnie psychodeliczny i creepy serial animowany. Brrr. Kojarzę jakiegoś zajączka (królika?) i niedźwiedzia polarnego z czarną opaską na oczach. Latali balonem, szukając tytułowej Wyspy niedźwiedzi (możliwe, że coś mylę, ale celowo nie robię researchu). Oczywiście widziałem w tamtych czasach wiele innych seriali („Viper”, „Nieustraszony”, „Beverly Hills, 90210”, „Grom w raju”, „Renegat”, „Melrose Place”, „Szkoła złamanych serc”, „Doktor Quinn”), ale chyba te wymienione były moimi pierwszymi.



Karolina Noga

Mam starszą siostrę, która od dawna ogląda seriale, dlatego można powiedzieć, że miałam wzorzec od dziecka. Nie jestem w stanie powiedzieć, jaką produkcję widziałam jako pierwszą, jednak pamiętam, że  mocno wkręciłam się w... „Charmed”. Historia sióstr Halliwell naprawdę mnie zaangażowała i z wielką chęcią pochłaniałam kolejne odcinki, przy okazji opowiadając wszystkim dookoła o demonach, aniołach i czarodziejkach. Mam ogromny sentyment do tego serialu, a Piper to wciąż jedna z moich ulubionych fikcyjnych bohaterek.



Paulina Fąka

Styczność z serialami miałam już od małego dziecka, kiedy to siedząc z rodzicami wspólnie oglądaliśmy przypadkowe odcinki „Monka”, „The Mentalist”, „House M.D.” czy innych tego typu produkcji. Nie stroniłam też od niczego, co do zaoferowania miały stacje typu Disney Channel i Nickelodeon. Jednak takim moim prawdziwie pierwszym serialem, który obejrzałam od deski do deski nie dlatego, że akurat leciał w telewizji, a dlatego, że byłam nim naprawdę zaciekawiona, było „The Vampire Diaries”. Kiedy miałam 11-12 lat, czasy swojej świetności przeżywał „Twilight” i jako młodziutka nastolatka też popadłam w ten wampirzy szał. Po przeczytaniu wszystkich książek Meyer i obejrzeniu filmów, czas przyszedł na inną, równie popularną produkcję o wampirach. Będąc w piątej klasie podstawówki, odpaliłam komputer i po raz pierwszy sięgnęłam po tę pełną miłosnych rozterek historię o dwóch braciach wampirach i nastolatce, która nie mogła zdecydować się, czego chce. „The Vampire Diaries” było ze mną od początku, to ono wciągnęło mnie w świat serialomaniactwa i choć na sezony 5-8 narzekam mocno, sentyment pozostanie na zawsze. Wciąż, po ponad 8 latach niemalże nałogowego oglądania seriali, lubię od czasu do czasu „odwiedzić” pierwsze 3 serie i złożyć wizytę bohaterom, którzy jako pierwsi podbili moje serce.



Paweł Marek

W mojej przygodzie z serialami miałem więcej szczęścia niż świadomości na temat tego, co oglądam. Wychowałem się w wyjątkowo ciekawym okresie dla telewizji, kiedy to na polski rynek napływały hurtowo produkcje z Zachodu. Tak naprawdę nie wiem do dzisiaj, który serial był dla mnie prawdziwym początkiem, było ich wtedy tak wiele, a ja byłem tak młody, że nie zauważyłem, kiedy stały się częścią mojego życia. Wracając ze szkoły zawsze czekał na mnie jakiś serial, będący dzisiaj utożsamiany z klasyką. Wiele było produkcji, które oglądało się, bo akurat leciały w telewizji, ale tylko na kilka czekałem szczególnie. Prawdziwy przełom nastąpił wraz z pojawieniem się „Lost”, głównie za sprawą mojej starszej siostry, która mnie w ten serial wciągnęła. Oglądałem go jednak zbyt wybiórczo, żebym mógł mówić o świadomym rozpoczęciu przygody z serialami. Pierwsza produkcja, którą obejrzałem od początku do końca, czatując po nocy przed ekranem telewizora, to było „Battlestar Galactica” z 2004 roku. Wtedy tak naprawdę rozbudziła się moja miłość do sci-fi oraz do seriali i uważam, że ta produkcja była pierwszą i naprawdę najważniejszą w moim życiu. Do dzisiaj miło wspominam oglądanie każdego odcinka na niemal wyciszonym dźwięku, w środku nocy – emisja była grubo po 22, kiedy powinienem spać. Do dzisiaj uważam, że nie powstał żaden lepszy serial sci-fi.



Ewa Iwaniec

Nie jestem do końca pewna, od czego zaczęła się moja przygoda z serialami. Czy od namiętnie oglądanych powtórek „Czterech pancernych” i „Janosika” (jeszcze kilka lat temu mogłabym powiedzieć, że znałam oba seriale na wyrywki), czy może od oglądanego porankami „Gromu w Raju” na zmianę z „MacGyverem”. Wiem za to jedno – serialomaniakiem (takim z krwi i kości) stałam się, kiedy w zerówce wraz z czworgiem (a nawet pięciorgiem) innych sześciolatków zorganizowaliśmy sobie grupę dyskusyjną, omawiającą na bieżąco odcinki „The X-Files”. Uwierzcie, nasza wychowawczyni nie była zachwycona, kiedy nas na tym przyłapała, dała nam niezłą burę i co najważniejsze naskarżyła rodzicom, że oglądamy serial, którego nasze młode oczka widzieć nie powinny. Nie żeby to nam przeszkodziło dalej oglądać, ale od tamtego momentu skończyły się przedpołudniowe dyskusje o tym, co w ostatnim odcinku spotkało Muldera i Scully.



Ewa Zielińska

Wskazywanie „Lost” jako serialu, od którego zaczęła się moja kariera serialomaniaka, jest nieco naciągane. Tak naprawdę pierwszą produkcją, którą śledziłam z wyboru, był „Zbuntowany anioł”. Po latach nie zapadł mi on jednak zbyt mocno w pamięć. Doskonale za to wspominam oczekiwanie na pierwszy odcinek „Lost” po obejrzeniu trailera. To jeden z pierwszych zagranicznych seriali tego kalibru, który trafił do polskiej telewizji publicznej i wiem, że nie jestem jedyną osobą zaczynającą od niego swoje serialomaniactwo.

Są dwa powody tego, że to właśnie od „Lost” zaczęłam pochłaniać seriale w większych ilościach. Pierwszym z nich jest atmosfera, która towarzyszyła mi przy oglądaniu. Wspólne oczekiwanie na nowy odcinek z mamą i z siostrą, cotygodniowe zasiadanie przed telewizorem, komentowanie wydarzeń w trakcie i dyskusje po seansie. Drugi powód to sam serial, który, przynajmniej początkowo, był bardzo dobry. Wciągający, dobrze zrealizowany, z niezłą grą aktorską (z siostrą od pierwszej chwili pokochałyśmy postać Bena – idealnego czarnego charakteru). Dopiero po latach zaczęłam dostrzegać jego niedoskonałości.

Chociaż jeszcze przed premierą „Lost” zdarzało mi się zerkać na seriale, to dopiero dzięki tej produkcji naprawdę polubiłam taki sposób na spędzanie wolnego czasu. 



Wiktoria Kowalewska

Seriale, jak pewnie większość osób, oglądałam już jako małe dziecko. Były to oczywiście bajki, które leciały w telewizji. Jednak produkcja, w której się zakochałam i zapoczątkowała moją miłość, to „Gossip Girl”. Jest to opowieść rozegrana w Nowym Jorku, na Manhattanie, a dokładnie w jego najelegantszej części, czyli Upper East Side. Jest to świat luksusów, prywatnych szkół i wyszukanych apartamentów. Nie brakuje tam imprez, alkoholu, a także plotek, które nieustannie towarzyszą postaciom. Narratorem serialu jest tytułowa blogerka o nieznanej tożsamości, która opisuje życie bohaterów i ich liczne skandale.  Akcja rozpoczyna się od powrotu najpopularniejszej dziewczyny w szkole, Sereny van der Woodsen (Blake Lively), której przeszłość owiana jest tajemnicą. Jednakże w dalszej części serialu, ciężko powiedzieć, kto jest głównym bohaterem, ponieważ mamy grupę znajomych-przyjaciół, w której każdy z nich jest zupełnie inny i ma różne problemy. Królowa i była przyjaciółka Sereny, czyli Blair Waldorf (Leighton Meester), początkowo czarny charakter, Chuck Bass (Ed Westwick), „nieśmiały” Dan (Penn Badgley) i jego siostra Jenny, niezdecydowany przystojniak, Nate (Chace Crwaford) i inni. Jest to z pozoru prosta opowieść o bogatych, dorastających ludziach, ale ich losy są tak ciekawe, a bohaterowie niesamowicie charyzmatyczni, że serial ogląda się z ogromną przyjemnością i ciężko się od niego oderwać, szczególnie od miłosnych perypetii Blair i Chucka czy niezliczonych komplikacji rodzinnych.



Monika Talaga-Michalska

Na pewno nie był to pierwszy serial, który oglądałam. Na pewno wiele innych zrobiło na mnie duże wyrażenie. Ale to na pewno był, i jest po dziś dzień, ten jedyny. Taki, za którym tęsknię, taki, który nie powtórzy się nigdy więcej. Moja pierwsza wielka miłość – „Twin Peaks”.

Pierwszy raz oglądałam go w telewizji jako dziecko. Zawsze tego samego dnia w tygodniu, o określonej godzinie. Między zabawami z koleżankami i odrabianiem lekcji. Przyznaję, niewiele wtedy rozumiałam z tego co widzę. Nie przeszkodziło mi to jednak oddać się mu bezgranicznie. Oglądany z wypiekami na twarzy, był trochę jak zakazany owoc. To byłam ja – mała dziewczynka wkraczająca w mrok, nawet tak dosłownie. Od początku moja przygoda kryła się w ciemnościach, nigdy nie oglądałam go przy zapalonym świetle. Bałam się, ale nie zamknęłam oczu. Geneza zła to było to, co mnie najbardziej interesowało. Wtedy odkryłam, że prawdziwe zło to nie Bob czający się za kanapą, tylko mroczna część każdego z nas. To odkrycie przerażało i pozwalało spojrzeć realistycznie na świat. Ponieważ obok zbrodni, przemocy i grozy zawsze pojawia się promyk nadziei i czystego dobra. Jego uosobieniem była agent FBI – Dale Cooper. Najdzielniejszy z najdzielniejszych, człowiek o krystalicznym sercu i wielkiej miłości do ludzi. Mój bohater.

Po „Twin Peaks” pozostała mi fascynacja twórczością Davida Lyncha, słabość do agentów FBI i do damn good coffee. Odpowiedzi na pytanie, skąd bierze się dobro i zło, nie znalazłam po dziś dzień…



Kasia Musiał

Trudno mi powiedzieć, który z seriali był dla mnie taki faktycznie „pierwszy”, skoro właściwie różne seriale towarzyszyły mi od dzieciństwa. Pamiętam doskonale jednak epokę przed powszechnym dostępem do Internetu, kiedy liczyło się tylko na to, że w telewizji wyemitują coś fajnego, a potem odcinki omawiało się z kolegami i koleżankami w szkole, na drugi dzień. Dzięki Internetowi poznałam więcej ciekawych tytułów, a także zawarłam znajomości, które wprawdzie zaczynały się od omawiania różnych seriali, teorii fanowskich czy wymienianiu fanartów, ale teraz te więzi są o wiele głębsze.

Myślę jednak, że pierwszym takim serialem, w który się bardzo mocno „zaangażowałam” i byłam świadomym odbiorcą, był słynny „Lost”. Oglądałam go na TVP1, które dość szybko wykupiło licencję na jego emisję (o nadrabianiu kolejnych odcinków w Internecie mogłam sobie właściwie pomarzyć). Tajemnicza katastrofa lotnicza, w której przeżyli nieliczni i odkrywają coraz więcej tajemnic wyspy? Dla mnie bomba. Wiele osób w mojej klasie oglądało ten serial i każdy z nas omawiał dany odcinek i dzielił się swoimi przemyśleniami.

Muszę jednak przyznać, że serialu nie obejrzałam do końca – także wielu z moich znajomych „odpadło”, gdy wątki zaczęły być coraz bardziej skomplikowane, a jakość kolejnych sezonów spadała. Po drodze był jeszcze „House M.D.”, którego oglądałam na TVP2, a później to właściwie przerzuciłam się na Internet – najpierw niestety nielegalne źródła, a potem ucieszyło mnie, gdy do Polski wszedł Netflix i inne serwisy streamingowe.

Mimo wszystko będę z sentymentem wspominać „Lost” jako jeden z tych seriali, które bardzo dobrze mi się oglądało, a człowiek nie mógł się doczekać kolejnego odcinka. Tym bardziej cieszy mnie, że gwiazda tego serialu, czyli Evangeline Lilly, robi teraz karierę w wielkich hitach kinowych jak „Hobbit” czy „Ant-Man”.



Aleksandra Wolna

Pierwszym serialem, ale takim serio pierwszym, jaki oglądałam w swoim życiu, był „ER”, który w tamtych czasach leciał w telewizji na bieżąco. Był to początek drugiego tysiąclecia, miałam co najwyżej sześć lub siedem lat. No, może osiem. Wieczorem, kiedy młodsza siostra już spała, ja „późnym wieczorem” – co dla takiego dziecka pewnie znaczyło godzinę 21 – siedziałam pod kocykiem i wraz z mamą oglądałyśmy „Ostry dyżur”, kibicując swoim ulubionym bohaterom. Do tej pory pamiętam, jak było mi smutno po śmierci doktora Rossa albo jak bardzo wzdychałam do Cartera (a kiedy epizodycznie pojawił się w „Friends”, to już kompletnie zwariowałam). Później były „Desperate Housewives”, „Grey’s Anatomy” i milion innych seriali. Tak już zostało do dziś.



Julia Deja

Moim pierwszym, świadomym doświadczeniem serialowym było „Prison Break”. Byłam w szóstej klasie szkoły podstawowej, kiedy emitowano tę produkcję na Polsacie – co niedzielę siadaliśmy z tatą przed telewizorem, żeby śledzić losy więźniów z Fox River. Nawet nie wiem, co sprawiło, że w ogóle zainteresowałam się tym serialem (chociaż mam pewne podejrzenia, że stał za tym Wentworth Miller, który totalnie mnie wówczas zauroczył – i szczerze mówiąc, niewiele się od tego czasu zmieniło). Po latach zrobiłam rewatch i chociaż nadal uważam „Skazanego na śmierć” za rewelacyjną rzecz, to jednak powtórny seans nie miał już tego samego uroku. Pewnie dlatego, że właśnie to oczekiwanie na kolejny odcinek i wspólny czas spędzany z tatą nie mogły się równać z binge-watchingiem w pojedynkę.

Później przyszedł czas na polskie produkcje. Był okres, kiedy namiętnie oglądałam rzeczy pokroju „Pierwszej miłości”, ale w międzyczasie pojawiły się również perełki, takie jak „BrzydUla”, która do dziś jest jednym z moich ulubionych seriali, czy „Tancerze”. Pamiętam też, że cała moja gimnazjalna klasa uwielbiała „39 i pół” z Karolakiem.

Era oglądania online nastała w 2010 roku, kiedy odkryłam „The Vampire Diaries”. Gdy się na to natknęłam, wyemitowano już cały pierwszy sezon. Pamiętam, że oglądałam równocześnie z czytaniem książek, którymi inspirowany był serial i byłam w ogromnym szoku, że te dwie rzeczy tak bardzo się rozmijają. O ile jednak książki po czasie mnie zmęczyły, o tyle z adaptacją zostałam do samego końca – chyba z sentymentu dla obsady i całej historii, która te osiem lat temu zupełnie mnie pochłonęła.



Remik Wyrostek

Urodziłem się na początku XXI wieku, więc miałem o tyle łatwiej, że w moim życiu telewizja, a tym samym seriale i filmy były praktycznie od zawsze. Pierwszym, nieświadomie obejrzanym przeze mnie serialem był disneyowski sitcom, który niektórzy z was mogą kojarzyć – mowa o „The Suite Life of Zack & Cody”. Opowiadał on historię tytułowych bliźniaków i przedstawiał ich niecodzienne zmagania związane z życiem w pięciogwiazdkowym hotelu należącym do London Tipton. Swoją drogą, London była moją ulubioną postacią w serialu i zawsze jej kibicowałem. Na szczęście Zack i Cody cieszyli się ogromną popularnością i zanim się obejrzałem, dostali zamówienie na spin-off „The Suite Life on Deck”, który towarzyszył mi aż do końca szkoły podstawowej.

Po drodze obejrzałem jeszcze parę anime, m.in. „Naruto”. Moim pierwszym poważnym i w pełni świadomie wybranym serialem okazała się „Jessica Jones”, która była strzałem w dziesiątkę i sprawiła, że szybko nadrobiłem wszystkie poprzednie seriale należące do MCU, co swoją drogą było dość łatwe, bo serialowe uniwersum Marvela liczyło wtedy tylko trzy seriale: „Daredevil”, „Agents of S.H.I.E.L.D.” oraz „Agent Carter”. Dzisiaj nadgonienie wszystkich marvelowskich produkcji byłoby nie lada wyzwaniem, ale myślę, że i tak bym podołał – zrobiłbym to choćby dla znakomicie przedstawionych scen walki z „Daredevila”.

Gdybym dzisiaj miał okazję wybrać produkcję, od której rozpoczęłaby się moja przygoda z serialami, to moim kandydatem numer jeden byłoby amerykańskie „Shameless”, które mimo tego, że ma aż dziewięć sezonów i wychodzi nieprzerwanie od dziewięciu lat, to dalej trzyma poziom i potrafi zaskoczyć nawet najwytrwalszych widzów. Mimo wszystko cieszę się, że to właśnie wyżej wspomniany serial superhero był moim pierwszym.



Marcin Gontarski

Żyjemy w złotej erze telewizji, kiedy to jest jej więcej, niż jesteśmy w stanie obejrzeć. Coraz większa baza serialowa, która jest legalnie dostępna za małe pieniądze. Platformy streamingowe, takie jak Netflix, HBO, Showmax, Amazon, a niebawem Disney, rosną w siłę. Oczywiście poziom tych produkcji bywa różny, ale obecnie znajdzie się duża liczba pozycji, które poziomem technicznym, reżyserskim czy aktorskim dorównuje kinowym produkcjom. 15-20 lat temu było to nierealne. Telewizja przeszła długą, wyboistą drogę i liczę na to, że to nie jest jej koniec. Jestem ogromnym fanem kina, ale również i seriali, co też w sumie nie powinno to nikogo zaskoczyć, skoro jestem redaktorem Serialomaniaka. Pewnego razu odkryłem miłość do srebrnego ekranu, były to czasy niemalże prehistoryczne, porównując do tego, co się dzieje w roku 2018. Świadczy o tym fakt, że telewizor miał wbudowany dekoder, dzięki któremu odbierałem TVP1. I to właśnie dzięki tej telewizji odkryłem serial, od którego zacząłem swoją serialową przygodę. Chciałbym być oryginalny, prawdopodobnie większość ludzkości zaczynało tak samo. Oczywiście mowa o serialu „Lost”.

To on przetarł szlaki. J.J. Abrams stworzył 6-sezonową sagę, która podbiła moje serce (szczególnie trzy pierwsze odsłony tej produkcji były dla mnie wyjątkowe) . Niewielka grupa pasażerów samolotu, którzy znajdują się na tajemniczej wyspie, przyciągała przed ekrany miliony widzów. Ciekawe retrospekcje, złożeni bohaterowie, cliffhangery i multum pytań, które rodziły się w głowie po każdym odcinku. Okazało się, że jednak da się zrobić interesujący produkt w telewizji, i pomimo tego, że liczba odcinków była duża, to czas spędzony przed ekranem wcale się nie dłużył i w żadnym wypadku nie miałem wrażenia, że to wszystko jest rozciągnięte. Owszem, gdyby nie retrospekcje, ten czas byłby za długi, ale wykorzystanie ich było interesujące i pozwalało nam poznać historie innych bohaterów. Wspominam go z ogromnym sentymentem i kiedyś na pewno zrobię rewatch. Trzeba przyznać, że  w pewnym momencie serial ten zaczął zjadać własny ogon: niezliczona ilość pytań była nieadekwatna do ilości odpowiedzi, a szerzące się nielogiczności dwoiły się i troiły. Niemniej jednak to właśnie „Lost” pozwoliło mi odnaleźć się w nadchodzącej erze seriali.

Dostępność poszczególnych serii była znikoma, często trzeba było wspierać się kolekcjami kolegów czy nielegalnymi źródłami. Cieszę się, że dożyłem takich czasów, gdzie dostęp jest tak swobodny, że nie wiadomo za co się zabrać. Tym bardziej że poziom bardzo się zmienił. W dzisiejszych czasach „Lost” byliby produktem przestarzałym i spowolnionym fabularnie. Formuła ponad 20 odcinków odchodzi w niebyt, i bardzo dobrze. Po drodze napotkałem wiele lepszych seriali, choćby takich jak „The Wire”, „Sopranos”, „Oz”, „BoJack Horseman” czy „Legion”, jednak to „Lost” zawsze będą mieli w moim sentymentalnym serduszku specjalne miejsce.



Zuzanna Włodarkiewicz

Seriale oglądałam od „zawsze”. „Lizzie McGuire”, „Hannah Montana”, „Wizards of Waverly Place” to tylko jedne z nielicznych tytułów. Jednak jeśli miałabym wybrać jedną produkcję, od której na poważnie zaczęłam się interesować serialami, to byłoby to „The Vampire Diaries”. Mając 14 lat, byłam ogromną fanką wszystkiego, co miało związek z wampirami (tak, tak, wszystko przez „Twilight”). Przeglądając pewne forum tematyczne, natrafiłam na wzmiankę o tym serialu; nie ukrywam, zainteresował mnie, jednak trochę się go obawiałam – przyznaję, horrory nie były zbytnio w moich klimatach. Jednak coś przekonało mnie, żeby odnaleźć w otchłaniach internetu pierwszy odcinek serii. I tak oto się wciągnęłam. Byłam tak zafascynowana i oczarowana braćmi Salvatore, że zaczęłam nagrywać sobie kolejne epizody na płytę DVD. I oglądałam je w kółko, dopóki nie pojawił się sezon drugi. Nie obyło się bez kupna książek, na których podstawie powstał serial, oraz bez przyklejania na swoje biurko mnóstwa naklejek z Damonem i Stefanem. Przy okazji zaraziłam tym serialem koleżankę z dzieciństwa, wobec czego razem kibicowałyśmy Delenie. Mimo że końcowe sezony były słabe (a może to ja dorosłam?), to mam do „The Vampire Diaries” spory sentyment. Właśnie od tego momentu zaczęłam wyszukiwać inne produkcje, w tym także „Glee”, „Gossip Girl” czy „Pretty Little Liars”. Gdyby nie moja fascynacja wampirami, to nie wiem, czy byłabym tutaj.



Alicja Brajner

Mój pierwszy obejrzany świadomie serial nie był bardzo oryginalny, był właściwie jednym z tych, za którymi szalała większość nastolatek w tamtym czasie. Zabójczo przystojni mężczyźni w średnim wieku, ganiający po ekranie za złoczyńcami byli wtedy dla mnie prawdziwymi ideałami. Wiecie już o czym mowa? Oczywiście chodzi o „Sherlocka”. Obejrzany dzięki poleceniu mojej koleżanki z gimnazjum, niedługo przed premierą trzeciego sezonu. Do tamtej chwili z serialami miałam raczej niewiele wspólnego, nie licząc oczywiście „The Bold and the Beautiful”, oglądanej ukradkiem za plecami pilnującej mnie babci, dlatego początkowo do pomysłu podeszłam raczej sceptycznie. Dopiero bezpośrednie zetknięcie i pierwsze minuty produkcji przekonały mnie całkowicie i kupiły moje serce. Od tamtej pory nie mogłam oderwać myśli od przygód Sherlocka i jego wiernego przyjaciela Johna. Niekończące się rozmowy o przeróżnych, najdziwniejszych teoriach snuły się po korytarzach gimnazjum za mną i za moją koleżanką. Przez moment wielu ludzi mogło uznawać nas za psychofanki, bo nie rozmawiałyśmy o niczym innym. Rodzice z kolei zaczęli się niepokoić, że doprowadzę do ruiny całą rodzinę, kupując ciągle coraz to nowe gadżety związane z serialem.

W tym czasie mój komputer należał raczej do tych o niższych możliwościach, dlatego też musiałam ładować wideo przez niemal pół dnia, aby móc włączyć je bez obaw, że w najmniej oczekiwanym momencie po prostu się zatnie. I faktycznie spędziłam godziny, sprawdzając, czy aby na pewno wszystko działa tak, jak powinno. Swoją pasją podzieliłam się z wieloma innymi przyjaciółkami, bo w końcu nikt nie może się oprzeć tym perfekcyjnie obłędnym lokom Benedicta Cumberbacha, rozwianym na wietrze przy każdym ruchu, oraz uroczemu i wiecznie zagubionemu spojrzeniu Martina Freemana. W trakcie wielkiego, trwającego kilka lat hiatusu obserwowałam i brałam czynny udział w życiu fanowskiej społeczności, obejrzałam też wszystkie odcinki po kilka razy. Pisałam opowiadania będące jednocześnie pierwszymi moimi dłuższymi tekstami oraz, w tym momencie, takimi, o których najbardziej chcę zapomnieć, bo opisane zdarzenia i przelane na papier fantazje nie powinny urodzić się w umyśle normalnej nastolatki.

Po „Sherlocku” przyszedł czas na „Hannibala” i tak właśnie obudził się we mnie prawdziwy młody serialomaniak.



Karolina Sypniewska

Kiedy myślę o początkach mojej serialomanii, przez głowę przelatuje mi ogrom obrazów. Seriale oglądam od kiedy pamiętam – przystosowali mnie do tego rodzice. Mama i tata zawsze oglądali dużo produkcji telewizyjnych, więc i mnie wciągnęli w ten świat. Dzisiaj to ja pochłaniam więcej seriali niż oni razem wzięci, ale i tak zawsze wracam do tej jednej produkcji, która w moim dzieciństwie wiodła prym.

„Stargate: SG1” był serialem, który najbardziej pamiętam z dzieciństwa. Bardzo często wracam do tej produkcji i do dziś bawią mnie przygody bohaterów. Przez 10 sezonów poznajemy losy drużyny przemieszczającej się przez tytułowe Gwiezdne wrota do innych światów i chroniącej Ziemię przed ewentualnymi zagrożeniami pochodzącymi z innych planet. Serial przedstawia wiele planet, ludów, zróżnicowane technologie, lokalne zwyczaje pozaziemskich kultur.

Chociaż pierwszy w uniwersum był film, to właśnie serial „Stargate: SG1” zbudował tę intertekstualną potęgę. Gry, kolejne filmy, seriale, książki oraz rzesze oddanych fanów. Wszystko to dzięki świetnej fabule, która czerpała z mitologii egipskiej i nordyckiej oraz z legend arturiańskich, dobrej warstwie technicznej (na każdy odcinek szły grube pieniądze), ale przede wszystkim dzięki bohaterom, z którymi my, widzowie, zżyliśmy się przez 10 lat.

Jack, Daniel, Sam i Teal'c zdobyli moje serce. Uczyli, że rasizm i ksenofobia nie są niczym dobrym, pokazywali dylematy moralne, zabawiali żartami. Nie mogłabym wyobrazić sobie lepszego serialu, by rozpocząć przygodę serialomaniaka.



Paulina Małek

Wszystko miało swój początek, gdy skończyłam 10 lat. Seriale znałam jedynie z telewizji, ale do pamiętam mały telewizor z dużym tyłem, stojący na półce u babci w pokoju, na którym przerażający dźwięk intra z serialu „Lost” oznaczał, że pora spać. Bywały wieczory, gdy mama pozwalała mi zostać i obejrzeć kawałek razem z nią, jednak szybko uciekałam – do tej pory „Lost” przyprawia mnie o ciarki na plecach i wywołuje we mnie niepokój. Wciąż nie jestem jeszcze gotowa, by móc dokończyć pierwszy sezon.

Potem dopiero w wieku 13 lat dostałam swój pierwszy laptop z dostępem do internetu i wtedy właśnie zaczęła się moja prawdziwa przygoda z serialomanią. Na początku miało miejsce kilka niewinnych nocnych maratonów z „Gossip Girl”. Czasem dochodziło do skrajnych sytuacji, gdy włączałam pierwszy odcinek kolejnego sezonu, a jeszcze tego samego dnia kończyłam ostatni odcinek i zaczynałam nowy sezon. To był kluczowy moment w rozwoju mojego zamiłowania do seriali. Spodobał mi się długotrwały rozwój fabuły i wizja, że jeszcze tyle przede mną. Po zakończeniu danego serialu uświadamiałam sobie, że mam niedosyt i kilka dni później musiałam znaleźć coś do załatania tej dziury. Stało się to nieodłączną formą spędzania mojego wolnego czasu.

Pewne produkcje potrafiły mnie skłonić do różnych refleksji nad życiem. Seriale nie tylko zapychały mój czas, ale i w pewnym stopniu pokazywały mi zupełnie inne spojrzenie na świat. Towarzyszyły  podczas okresu dojrzewania, pomagały w trudnych chwilach, wzruszały i rozśmieszały, a pierwszy serial? To dzięki „Gossip Girl” zafascynowałam się tym tematem i odkryłam w sobie nową pasję – pasję do oglądania seriali.



Adriana Musielak

Mam wrażenie, że bardzo wcześnie zostałam serialomaniakiem, na pewno wcześniej, niż powinnam, zakradając się do telewizora i po kryjomu oglądając odcinki „13 posterunku”, gdy miałam zaledwie cztery lata. Dobór serialu raczej mało odpowiedni do wieku, ale niejednokrotnie słyszałam, że potrafiłam się zanieść przeraźliwym płaczem, gdy ktoś próbował wyłączyć mój ulubiony serial. Później to ewoluowało; zawsze wolałam seriale fabularne od bajek, więc z podstawówką głównie kojarzy mi się maltretowane wielokrotnie „Degrassi” , „Radio Free Roscoe” czy bardzo niedocenione „Dark Oracle”. Wszystkie te seriale były ważnym elementem w etapie dojrzewania, kiedy bohaterowie zmagali się z podobnymi problemami co, praktycznie, każdy nastolatek, a dodatkowo produkcje te, szczególnie „Degrassi”, uczyły tolerancji i otwartości na ludzi, którzy nie są jak wszyscy inni, co tylko pomogło ukształtować człowieka, jakim jestem teraz.

Jednak forma tamtych produkcji była inna; to bardziej oglądane w losowej kolejności odcinki, które akurat były emitowane w telewizji, a takim pierwszym, w pełni świadomie i sumiennie oglądanym serialem, bez przepuszczenia nawet jednego odcinka, był „Veronica Mars” – do tej pory mogę bronić tego tytułu  jako naprawdę świetnej produkcji, która nie zasługiwała na tak szybką kasację. Pierwsza kobieca protagonistka, którą uwielbiałam od pierwszego odcinka i mimo jej licznych błędów oraz złych decyzji oddawałam jej swoje serce coraz bardziej. Poza świetną główną bohaterką był to też serial z masą dobrych wątków: relacja samotnego ojca i córki, mnogość problemów społecznych, głębsze spojrzenie na trudności w życiu nastolatków, wciągające zagadki oraz poza Veronicą cały wachlarz świetnie napisanych i zagranych postaci. Przy czwartej powtórce, robionej w kilkuletnich odstępach, nadal uwielbiam ten serial tak samo, jak wtedy, kiedy miałam 12 lat i wiadomość o kontynuacji była dla mnie najlepszą serialową nowinką roku. Potem było „Supernatural” i „The Vampire Diaries” oraz inne tego typu tasiemce, ale nie były to pierwsze moje kroki w serialowym świecie, więc nie odcisnęły większego piętna na moim serialomaniactwie. Chociaż mój gust się zmienił i lubię myśleć, że ewoluował, to nadal z taką samą radością powracam do „Veroniki Mars”.



Aga Halman

Bycie serialomaniakiem to, jak mawiał Adrian Monk o swoich detektywistycznych zdolnościach, dar i przekleństwo. Dar – bo nie każdy ma tyle cierpliwości i samozaparcia, aby obejrzeć tak wiele produkcji odcinkowych i, co za tym idzie, aby wynieść z nich tak wiele inspiracji i mądrości.

Przekleństwo – bo nawet pisząc pierwsze zdanie, nie mogłam oprzeć się pokusie zawarcia w nim serialowego porównania. Ta nietuzinkowa pasja towarzyszy mi podczas całego dnia, i to nie tylko w sytuacji oglądania. Gdy chodzę ulicą i zdarza mi się zaobserwować bezpańskiego kotka, niejednokrotnie w głowie pojawia mi się piosenka „Smelly Cat”. Gdy muszę odwiedzić lekarza, często się zastanawiam, jaką diagnozę postawiłby dr House razem z całym swoim zespołem diagnostycznym. Ze względu na to, że seriale towarzyszą widzowi dłużej niż filmy, często także na dłużej zapadają w pamięć; jednak jeżeli jest to jedyna wada, to jestem przekonana, że warto być jednym z nas. 

Moja przygoda z serialami rozpoczęła się stosunkowo szybko, bo w wieku 12 lat. Wcześniej, jak każde dziecko, uwielbiałam towarzyszyć rodzicom podczas oglądania telewizji, ale nie analizowałam zbytnio tego, co pojawiało się na ekranie. Wszystko zmieniło się, gdy po raz pierwszy zobaczyłam na kanale TV4 telenowelę „Cuidado con el ángel”. Bardzo zaintrygował mnie jej wątek miłosny, więc postanowiłam oglądać odcinki regularnie. Po zakończeniu emisji byłam zrozpaczona, dlatego w formie pocieszenia zapragnęłam zobaczyć inne produkcje w podobnym klimacie, a później sięgałam po kolei po tytuły z USA, Wielkiej Brytanii itd.

Chociaż aktualnie telenowele nie są moim ulubionym typem seriali, to zawsze myślę o nich z dużym sentymentem i wściekam się, gdy ktoś wyraża się o nich mało pochlebnymi słowami. W końcu to właśnie im zawdzięczam tak wiele. Dzięki nim jestem tym, kim jestem, czyli dumną serialomaniaczką.

Komentarze

(1)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.