Artykuły

Druga seria „Doctor Who” wreszcie dostarcza to, za co wszyscy maniacy i fani tak kochają ten serial: niesamowite, nieograniczone niczym historie w każdym zakątku świata, kosmosu i w dowolnie wybranej chwili czasu. I Davida Tennanta.

Nowy Doktor, dawni towarzysze

Już w drugim sezonie twórcy musieli skorzystać z tego, co daje serialowi taką długowieczność i elastyczność: Doktor przechodzi regenerację i Christopher Eccleston zastąpiony zostaje Davidem Tennantem (więcej o regeneracji możecie poczytać w naszym artykule wprowadzającym do serii, do którego link znajdziecie pod spodem). I jest to zmiana pod każdym względem na lepsze. Tennant żartuje, płata figle i wygłasza błyskotliwe monologi dużo wiarygodniej niż jego poprzednik, co do którego miałem wrażenie, że po prostu się wygłupia. A jednocześnie, kiedy pojawia się moment dramatyczny, których w serii nie brakuje, jak np. kiedy Doktor musi „wyłączyć” zarażonych przez rasę cybermanów ludzi, doskonale odnajduje się i w tych momentach. Tennant stale jest wymieniany na szczycie rankingów najlepszych doktorów nie bez powodu – tryska w swojej roli humorem i błyszczy autentyzmem, ale w momentach dramatycznych widać w jego szczupłej, trochę chłopięcej twarzy prawdziwą troskę, smutek, ból, żal i współczucie. Tak jego radosne zawołanie „Alonsy!”, jak i szczere, smutne, ale naznaczone nagromadzoną przez lata wiedzą o nieuchronności tego, co nadchodzi „I'm sorry” są niezwykle wiarygodne.

Doctor Who season 2, David Tennant, Rose Tyler, Billie Piper, T.A.R.D.I.S., BBC

Galaktykę z Doktorem dalej przemierza Rose Tyler, grana przez Billie Piper, która nadal świetnie radzi sobie w roli żywiołowej, szczerej, odważnej towarzyszki, która staje się coraz bardziej pełnoprawną partnerką i wspólniczką. Akcent położony został dużo bardziej na ich rozwijającą się relację i to również zmiana na lepsze – ze względu na to, że bohaterowie co chwilę lądują w innych zakątkach wszechświata i czasu, stałe postacie drugoplanowe nie sprawdzają się najlepiej. Lepiej postawić na dobre postacie epizodyczne – odgrywające ważną rolę, ale tylko w jednym lub paru odcinkach. Scenarzyści stosunkowo szybko pozbywają się Mickeya, byłego chłopaka Rose, dla którego w serii było coraz mniej miejsca. Z postaci drugoplanowych pozostaje właściwie tylko Jackie Tyler, mama Rose, która zazwyczaj pojawia się w scenach komediowych, ale też nadaje londyńskim przygodom swojskości.

Lepsze, ciekawsze przygody

Tu dochodzimy do najlepszego – do przygód. Jak wspominałem już wcześniej, to, co czyni dla mnie serial o przygodach Doktora niepowtarzalnym, to, obok reinkarnacji i kolejnych fascynujących odsłon głównej postaci, brak ograniczeń dla twórców w wymyślaniu kolejnych przygód. Doktor i jego towarzyszka mogą wylądować dosłownie wszędzie w galaktyce. I zawsze. I przeżyć dosłownie cokolwiek. Jak kolosalne to wyzwanie dla twórców, wie tylko ten, kto kiedykolwiek próbował pisać. Ale też ile wolności i możliwości to daje!

W drugiej serii niewiele jest odcinków historycznych, za którymi zresztą nieszczególnie przepadam. Wolę kosmiczne opowieści z dreszczykiem. I najlepszy z epizodów tej serii miesza te dwie konwencje. W „The Girl in the Fireplace” odwiedzimy zarówno zniszczony statek kosmiczny z pięćdziesiątego pierwszego wieku, jak i osiemnastowieczną Francję, a Doktor w pewnym momencie w pełnym galopie wjedzie na białym koniu ze wspomnianego statku kosmicznego do Wersalu.

Doctor Who season 2, David Tennant, Madame do Pompadour, , BBC

I to jest kwintesencja magii, której doświadczamy przy „Doctor Who” – nic nie jest niemożliwe. Białe konie, statki kosmiczne i Madame de Pompadour, piękna i błyskotliwa kochanka króla Francji, która pała do Doktora wielkim, choć platonicznym uczuciem – w jednym odcinku. Trudno przejść obok tego zestawienia obojętnie. To czyni z serii o Doktorze dzieło bardzo polaryzujące – albo się je uwielbia, albo irytuje ono swoimi przesadniami i, momentami nieuniknioną, kiczowatością. Akurat odcinek o dziewczynie z kominka od kiczu ucieka, bo rola Madame zagrana została przekonująco i z dużym wyczuciem. Ale inne, ostrzegam lojalnie, mogą zawierać pewną jego dawkę (Absorbatrix? Absorbaloff!). Mam jednak wrażenie, że wszystkie wielkie kinowe opowieści zawierają kicz. Ot, choćby „Star Wars” – które kojarzą mi się z Doktorem ze względu na rozmach opowieści i nieliczenie się z ograniczeniami – z pewnością mają go pod dostatkiem. Poza tym nawet ten kiczowaty odcinek, „Love and Monsters” zawiera w sobie jeden z najczęściej przywoływanych cytatów z „Doctor Who”.

Cała druga seria opowiada spójną historię, w której, w wyniku spotkania Doktora z konserwatywną królową Wiktorią, stworzona zostanie organizacja mająca chronić Wielką Brytanię przed inwazją kosmitów. A pośrednio w wyniku działań tej organizacji i odwiedzin Doktora w równoległym świecie dojdziemy do finału, w którym Ziemia staje się obiektem inwazji sił tak obcych i nieludzkich, że Doktor i Rose staną przed decyzją jak w greckiej tragedii, gdzie wszystkie rozwiązania są złe.

Druga seria, ale tak naprawdę pierwsza

„Doctor Who” nakręcony został w innych czasach, kiedy seriale nie musiały od początku, od pierwszego odcinka wywoływać efektu „WOW!”, żeby utrzymać widza przed telewizorem. I dlatego wielu, w tym ja, uważa pierwszą serię po 2005 roku za falstart. Scenariuszowy, aktorski, scenograficzny. Druga seria nadrabia to jednak z nawiązką. Dobra decyzja, żeby wymienić Ecclestona na Tennanta, który stał się szybko Doktorem ikonicznym; ponadto lepsze scenariusze, widocznie droższe, ale też lepiej pomyślane efekty specjalne czynią z serii prawdziwy must watch dla każdego, kto szuka szalonych, fantastycznych przygód i wielkich narracji. Alonsy! kochani, do oglądania!

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Doctor Who

Rose Tyler pracuje w domu towarowym w Londynie. Prowadzi monotonne, przeciętne życie, do momentu, w którym manekiny sklepowe próbują ją zabić. Ratuje ją nieznajomy, …


Artykuły