5
Artykuły

„Niebieska budka telefoniczna” to nowa seria, w której będziemy się zajmować tylko jednym serialem – „Doctor Who”. Opiszemy odcinki świąteczne, zrecenzujemy wszystkie współczesne serie (a może sięgniemy też i do tych sprzed 1990 r.), będziemy rozważać, kto jest najlepszym towarzyszem Doktora i która jego reinkarnacja została zagrana najsłabiej. Tymczasem zapraszam do przeczytania, czym „Doctor Who” jest i dlaczego jest popularny od tak długiego czasu.

Rozpędzona niebieska budka telefoniczna mknie po nocnym niebie nad Londynem. Jej drzwi są otwarte na oścież, a we wnętrzu dostrzec można ogień. Dwoma rękami, walcząc z pędem powietrza i dyndając nogami nad miastem, trzyma się jej podłogi młody mężczyzna, próbując desperacko dostać się do środka. Przelatują nad Big Benem, gdzie bohater musi uniknąć zahaczenia kroczem o sam koniuszek wielkiego zegara. W końcu z trudem wdrapuje się do środka.

Ta dynamiczna sekwencja jest początkiem piątej serii „Doctora Who” i to od niej zaczęła się moja wielka, niesłabnąca miłość do jednego z najdłużej trwających seriali w brytyjskiej telewizji (pierwszy odcinek został wyemitowany w 1963 r.). „Ale jak to? Fascynacja zaczęła się od piątej serii?” – zapytacie. „I ten staroć mamy oglądać, przecież pomysł musiał już dawno się wypalić” – dodacie. Odpowiedzią na te pytania jest jedno słowo: regeneracja. A o niej już za chwilę.

Motyw wiecznego powrotu Doktora

Doktor, jak tajemniczo przedstawia się nasz bohater (nigdy nie poznajemy jego prawdziwego imienia), jest Gallifrejczykiem, ostatnim z rasy niezwykle potężnych, łudząco podobnych do człowieka, obcych istot, które opanowały umiejętność kontrolowania czasu i przestrzeni oraz naginania ich do swoich potrzeb. Doktor może więc dowolnie przemieszczać się w tych wymiarach, wybierając, gdzie i kiedy zechce się pojawić.

Kiedy zaś zostanie zraniony, to, zamiast umierać, regeneruje się – czyli odradza się w wielkim wyładowaniu energii, po którym wygląda zupełnie inaczej niż wcześniej – może być więc dziś młodym, przystojnym mężczyzną, choć sto lat temu był starcem o krzaczastych brwiach i pomarszczonej twarzy czy kobietą. I między innymi dzięki właśnie tej zdolności seria, która opowiada o jego przygodach, utrzymuje się tak długo na topie serialowego rynku. Jak często nudzicie się postacią głównego bohatera, którego oglądacie od wielu lat? Nawet dr. House'owi udało się utrzymać zainteresowanie przez osiem sezonów, a to i tak rekord, bo Tony Soprano i Walter White wypadli z gry po sześciu. Twórcy „Doctora Who” mają zaś ten komfort, że jeżeli tylko dobrze znana twarz zaczyna się widzom opatrywać, Doktor (w wyniku dramatycznych wydarzeń, oczywiście) regeneruje się jako ktoś inny i wtedy zaczynamy oglądać serial z, de facto, innym głównym bohaterem, który od nowa fascynuje nas swoją świeżością, ale ciągle jest tym niesamowicie potężnym i dowcipnym Władcą Czasu, którego pokochaliśmy. Jak dotąd już trzynastu aktorów grało Doktora (William Hartnell, Patrick Troughton, Jon Pertwee, Tom Baker, Peter Davison, Colin Baker, Sylvester McCoy, Paul McGann, John Hurt, Christopher Eccleston, David Tennant, Matt Smith, Peter Capaldi), a w 2018 roku poznamy pierwszą kobiecą reinkarnację Doktora (w tej roli Jodie Whittaker).

Drugim gwarantem nieskończonego niemalże potencjału serii jest charakter głównej postaci – jak wspomniałem, może ona podróżować dowolnie w czasie i przestrzeni. Czyli dzisiaj Doktor może znajdować się w naszych czasach, „jutro” z kolei w 1941 roku w Londynie; kiedy indziej spotkamy go, jak przechadza się po jednym ze średniowiecznych europejskich miast, a jeszcze „chwilę później” Doktor będzie świadkiem tego, jak gaśnie samo słońce. Ta dowolność miejsca i czasu umożliwia twórcom żonglowanie do woli gatunkami. W stosunkowo krótkiej trzeciej serii na 13 odcinków mamy trzy historyczne (jeden o Williamie Szekspirze, drugi o kryzysie 1930 roku w Stanach Zjednoczonych i trzeci o Europie w przeddzień wybuchu I wojny światowej), cztery science fiction dziejące się w odległej przyszłości, trzy science fiction dziejące się współcześnie, dwa klasyczne horrory i jeden space horror w stylu obcego. Tak duża różnorodność pozwala widzom w każdym kolejnym odcinku zaproponować coś innego, a nad jakością tych treści czuwają najlepsi brytyjscy scenarzyści.

50 lat podróży w czasie

Podróżować w czasie i przestrzeni Władca Czasu może dzięki TARDIS, niezwykle skomplikowanemu „statkowi” (nazwijmy tak TO z braku lepszej nazwy) o własnej osobowości i inteligencji. TARDIS Doktora jest płci żeńskiej i, gdy lądują na obcej planecie, powinna wybierać maskujący kształt, dostosowujący się do krajobrazu. Ale kiedyś, w wyniku awarii czy też własnego widzimisię, postanowiła na zawsze przyjąć postać niebieskiej budki telefonicznej, która kiedyś służyła obywatelom Wielkiej Brytanii do wzywania policji. TARDIS, od której kształtu nazwę bierze nasza seria, jest oczywiście dużo większa w środku niż na zewnątrz, co komentują wszyscy bohaterowie, odwiedzający ją. wśród nich także towarzysze Doktora.

Nie lubi on bowiem podróżować sam i zawsze wybiera jednego Ziemianina (najczęściej zaś Ziemiankę), której zdradza swoją tożsamość i zabiera na przygody w odległych zakątkach Wszechświata. Duety kolejnych Doktorów i towarzyszących im śmiertelników wzbudzają niekończące się dyskusje fanów serialu. Władca Czasu wraz ze swoimi pomocnikami zmagał się i zmaga z ziejącymi nienawiścią Dalekami, którzy montują swoje małe ciałka w morderczych robotach i chcą niszczyć wszystko, co staje na ich drodze, Płaczącymi Aniołami, które atakują ze straszliwą szybkością, ale tylko, gdy nie patrzysz, czy Cybermanami, będącymi wiecznie na krucjacie ulepszenia całego świata, czyli zamiany wszystkich ras w podobne im, bezduszne roboty.

Do 1989 roku powstało 26 sezonów, potem serial został przerwany. Wskrzeszono go w 2005 roku. Od tego czasu powstało kolejnych 10 serii. Uniwersum jest olbrzymie i można z niego czerpać pełnymi garściami, tworząc nawiązania i kontynuacje. Łatwo w takim procesie twórczym się pogubić, ale przez ostatnich parę lat tworzeniem nowych serii o Doktorze zajmował się Steven Moffat (znany także z „Sherlocka”), który sam był wcześniej zagorzałym fanem tej opowieści. I udało mu się je świetnie rozpropagować. Teraz, gdy odchodzi z show, a do tego Doktor po raz pierwszy w swojej historii będzie kobietą, fani zastanawiają się, jaka przyszłość czeka serię. O tym też na pewno napiszemy.

Komentarze

(5)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Monika Talaga-Michalska
    Monika Talaga-Michalska
    @MonikaTalaga

    @MateuszMyslicki tak właśnie zrobię. 10 sezonów brzmi znacznie lepiej ;) Może przydałby się taki mały poradnik "Jak oglądać DW, jeśli nigdy tego nie robiłeś".

  • Monika Talaga-Michalska
    Monika Talaga-Michalska
    @MonikaTalaga

    Dlaczego ja jeszcze tego nie oglądałam? Nigdy nie zwracałam uwagi na ten tytuł, ale chyba przyszedł czas żeby się nim zainteresować. Muszę jednak przyznać, że 36 sezonów robi wrażenie i nieco przeraża :)

    • Mateusz Myślicki
      Mateusz Myślicki
      @MateuszMyslicki

      @MonikaTalaga: Zacznij sobie od 5. Albo 2. Lepiej 5., bo jest trochę bardziej zamerykanizowany. Z nowożytnych (tych po 2005). Tylko nie od 1-go, bo jedynym człowiekiem, który go lubi jest @not_imprsd. To jest tak, że każdy nowy Doktor to jest nowy serial praktycznie - nie trzeba oglądac poprzednich, zeby kumać.

      Starych jeszcze nie widziałem i historia jest koherentna, więc tak naprawdę potrzebujesz obejrzeć 10 serii. GL!

Powiązane

Seriale

Doctor Who

Rose Tyler pracuje w domu towarowym w Londynie. Prowadzi monotonne, przeciętne życie, do momentu, w którym manekiny sklepowe próbują ją zabić. Ratuje ją nieznajomy, …