Artykuły

Zapraszam na pokład luksusowego statku wycieczkowego „Pacific Princess”. Czekają tam na nas romantyczne przygody pasażerów i załogi pod dowództwem kapitana Stubinga. I, jak śpiewał niegdyś Krzysztof Krawczyk, „tłum marynarzy pokład mu zdobi, słońce na górze pięknie lśni, dobry fotograf to zdjęcie zrobił, wszystko jak żywe, aż się cni”. Może ten tłum marynarzy to już lekka przesada, ale cała reszta się zgadza. Ahoj!

„The Love Boat” jest jednym z wielu seriali słynnego producenta, Aarona Spellinga. Produkcja gościła na ekranach telewizorów w latach 1977-1986, w ciągu których nakręcono aż 250 odcinków. Lekkość fabuły, nieskomplikowane przygody bohaterów i humor sprawiły, iż serial stał się hitem nie tylko w USA, ale i w wielu państwach na całym świecie. Emitowano go m.in. w Kanadzie, Australii, Francji, Niemczech, Portugalii, Nowej Zelandii, Finlandii, Norwegii, Korei Południowej, Hiszpanii, Republice Południowej Afryki, Meksyku i Polsce. Format serialu wymagał stale zmieniającej się obsady gościnnej. Przez napisy początkowe przewinęły się tysiące mniej lub bardziej znanych nazwisk. W rolach epizodycznych pojawiały się zarówno ówczesne gwiazdy, jak i młodzi aktorzy, o których świat usłyszał dopiero chwilę później. W „The Love Boat” wystąpili m.in. Kirstie Alley, Kathy Bates, Courtney Cox, Billy Crystal, Jamie Lee Curtis, Linda Evans, David Faustino, Michael J. Fox, Zsa Zsa Gabor, Richard Dean Anderson, Joan Collins, Hulk Hogan, Tom Hanks, David Hasselhoff, Janet Jackson oraz Leslie Nielsen.

Fabuła

O czym jest ten serial? O miłości na statku, co sugeruje nam już sam tytuł. Bohaterów „The Love Boat” można podzielić na dwie grupy: stała załoga „Pacific Princess” oraz pasażerowie, w każdym odcinku inni. Fabuła opiera się na miłosnych perypetiach przedstawicieli obu tych grup. Noce i dnie, spędzane w podróży luksusowym statkiem, wypełniają najrozmaitsze rozrywki, ale najważniejsze w tym wszystkim i tak są uczuciowe gry i gierki. Romanse małe i duże, randki w ciemno, pierwsze miłostki i małżeńskie kryzysy, poszukiwania swoich drugich połówek, podróże poślubne (i przedślubne czasem też). „The Love Boat” jest serialem komediowym, lecz niejednokrotnie przewijają się w nim wątki gorzkie i smutne. Najczęściej jednak odcinki kończą się happy endem.

Każdy odcinek (z paroma wyjątkami) opiera się na identycznym schemacie. Na samym początku sprawdzamy, co nowego u załogi oraz poznajemy nowych pasażerów. Następnie dowiadujemy się z jakimi problemami sercowymi weszli na pokład. Potem następuje rozwinięcie wątków, zagęszczenie akcji, przełomowy moment w opowiadanych historiach oraz zakończenie, najczęściej po szczęśliwym rozwiązaniu problemu.

Czołówka

Intro „The Love Boat” idealnie wpasowuje się w kanon czołówek seriali komediowych z lat 80. Elementami niezbędnymi do stworzenia tego typu czołówki są: piosenka, której tekst nawiązuje do tematyki serialu, dokładne przedstawienie aktorów z imienia i nazwiska oraz ujęcia, w których postaci albo uśmiechają się do nas promiennie, albo w komicznie udawany sposób „przypadkowo” natrafiają na wzrok kamery i robią minę w stylu: „o, nie zauważyłem was, witajcie”. W przypadku „The Love Boat” najpierw prezentowana jest obsada gościnna, następnie na ekranie pojawia się logo serialu – dokładnie w tym momencie, gdy w piosence wybrzmiewa jego tytuł. Później dopiero przedstawiani są główni bohaterowie.

Autorem słów do piosenki tytułowej jest Paul Williams, kompozytor i autor tekstów, którego powinien kojarzyć każdy, kto zna utwór „Touch” z ostatniego albumu duetu Daft Punk – „Random Access Memories”. Przez osiem sezonów piosenkę w czołówce wykonywał Jack Jones, zaś w ostatnim utwór śpiewała Dione Warwick. Autorem muzyki jest Charles Fox.

Przy okazji wspomnę, że jakiś czas temu ekipa programu „The Tonight Show Starring Jimmy Fallon” nakręciła alternatywne intro swojego show, naśladujące model typowej czołówki z tamtych lat. Dzięki temu klipowi przypomniałam sobie o tym, jak urocze i proste w swej konstrukcji były tamte intra, w tym właśnie te z „The Love Boat”.

Próba czasu

W dzieciństwie, gdy po raz pierwszy oglądałam ten serial, bardzo mi się on podobał i chętnie zasiadałam przed telewizorem w porze poobiedniej, żeby pooglądać przygody Julie, Doca, barmana Isaaka, Gophera i kapitana Stubinga. Pasowało mi to, że poszczególne odcinki były przewidywalne do bólu, a każda historia znajdowała swój szczęśliwy finał. Odpowiadał mi lekki humor i sympatyczni główni bohaterowie. Przyznam też, że marzyłam w tamtym czasie o rejsie takim statkiem prosto w tropiki, a oglądanie „The Love Boat” było dla mnie namiastką takiej podróży.

Podczas pisania tego tekstu zadałam sobie pytanie, czy dziś znów „popłynęłabym” tym statkiem? Niesiona nostalgią za dobrymi czasami dzieciństwa, chętnie obejrzałabym znów parę odcinków. Nostalgia może przysłonić wiele rzeczy, a powtórny rejs „Pacific Princess” mógłby okazać się równie przyjemny, co kiedyś. Podejrzewam jednak, że na tych paru odcinkach by się skończyło. Dlaczego? Ponieważ tego typu seriale są już nieco przestarzałe w swej formule, a wręcz banalne i przesłodzone. Wydaje mi się, iż współczesny widz ma inne wymagania i potrzebuje bardziej skomplikowanych historii. Albo to ja ich potrzebuję, bardziej niż prostych opowiastek o zakochiwaniu się na pokładzie wycieczkowca. W każdym razie jakoś nie wyobrażam sobie, żeby dzisiejsi młodzi ludzie, wychowani na Netflixie i HBO, chcieli oglądać to pływające muzeum dawnych fryzur i dziwnych strojów, charakterystycznych dla epoki, w której kręcono „The Love Boat”. O naiwności przedstawianych w nim historii nawet nie wspomnę.

love boat, statek miłości, serial, recenzja stare seriale

Kontynuacja

Emisję „The Love Boat” zakończono w roku 1986. Nieco ponad dekadę później powstał serial „The Love Boat: The Next Wave”, czerpiący, czy raczej żerujący na popularności oryginału, lecz z odmienioną obsadą i na pokładzie innego statku. Produkcji tej nie udało się powtórzyć sukcesu poprzednika. Wprawdzie nakręcono dwa sezony, jednak pierwszy liczył jedynie sześć odcinków, drugi zaś dziewiętnaście. W porównaniu do „The Love Boat”, „The Love Boat: The Next Wave” jest produkcją wtórną, a wręcz toporną. Sposób opowiadania historii w tym serialu miota się między próbami odtworzenia klimatu oryginału, a typowym dla lat 90. luzem i wypchanym gagami scenariuszem. Nie wspominając już o piosence tytułowej, która w „odświeżonej” wersji brzmi jeszcze gorzej od „odświeżonej” wersji hymnu Polski, wykonanej przez Edytę Górniak na mundialu w Korei. Bardzo dobrze, że świat zapomniał o tym serialu, bowiem nie wniósł nic nowego, a jedynie marnie naśladował uwielbianą przez widzów produkcję z przełomu lat 70 i 80.

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane