Artykuły

Wiadomo, że możemy powiedzieć, że „La casa de papel” dobrym serialem nie było nigdy. Wielu stwierdzi, że to od początku było tylko i wyłącznie guilty pleasure, ale taka sama liczba widzów potrafi udowodnić, jak doskonale wykalkulowaną i dopracowaną jest produkcją. Z widocznym hołdem dla poprzednich filmów i seriali o napadach oraz z opracowanym planem, jak podbić jak najwięcej serc .

„La casa de papel” to najpopularniejszy nieanglojęzyczny serial na Netflixie. Od premiery pierwszego sezonu (czy części, jak kto woli) ma się wrażenie, że każda rozmowa o produkcjach tej platformy w końcu prędzej czy później kończy sie na tym właśnie serialu. Mówi się o fenomenie i kompletnym zrewolucjonizowaniu platform streamingowych. Ja bym aż tyle temu tytułowi nie zawdzięczała, ale fakt jest faktem: od złotych czasów „Game of Thrones” dawno nie mówiło się tyle o jednym serialu.

Niezależnie od tego, po której stronie jesteście – tej, co twierdzi, że „La casa de papel” to serial wybitny, czy tej, która traktuje go wyłącznie jako guilty pleasure – możemy stwierdzić, że kolejne odcinki już nie wzbudzają tylu emocji. Chociaż teoretycznie zamysł pierwszych dwóch części jest identyczny, to efekt nie jest taki sam. Dlaczego tak jest i czy wszystko jest winą Netflixa, który po przejęciu serialu od stacji Antena 3 zepsuł to, co było w nim wyjątkowe? W poniższym artykule spróbuję przeanalizować, dlaczego ta hiszpańska produkcja już nie zasługuje na taką uwagę jak wcześniej.

UWAGA! Spoilery z czwartego sezonu „La casa de papel”.

Nie ma Berlina, nie ma serialu

Pytanie dlaczego uwielbiamy psychopatów zostało już zadane wiele razy, powstało też na nie tuzin odpowiedzi i psychologicznych analiz. Jednak zazwyczaj moment, kiedy kompletny złoczyńca, który krzywdzi wszystkie postacie i jest nieprzewidywalny, zaczyna się wkradać na naszą dobrą stronę – bierze nas z zaskoczenia. W przypadku Berlina nie było inaczej. Tyle że nawet jako psychopata i czarny charakter był wciąż świetnie napisanym i rozplanowanym bihaterem. Podczas napadu był kluczowym elementem układanki, bez którego cały plan nie miałby szansy wypalić. Dlatego też powstawanie dalszych sezonów po tym, jak Berlina już z nami nie ma, jest dla fabuły bezcelowe.

la casa de papel, dom z papieru, berlin, profesor, palermo

Napad na mennicę był planem pratycznie idealnym, opartym o długie miesiące opracowywania nawet najmniejszego szczegółu i różnych scenariuszy. Sprawił, że chociaż w niektórych momentach myśleliśmy, że wszystko jest już stracone i nie ma innego wyjścia dla bohaterów, niż tylko zakucie w kajdanki, to zawsze mieli jakiś plan B albo C. Jednak nic z tego nie miałoby szansy się udać, gdyby nie Profesor i właśnie Berlin. Mogliśmy na początku nie rozumieć jego postępowania, a nawet w pewnych momentach zwyczajnie go nienawidzić za to, jak zachowywał się w stosunku do innych członków napadu. Nie mam tutaj w zamiarze w żaden sposób wybielać tego, co robił, bo dopuścił się czynów okrutnych i bezlitosnych.

Tu właśnie pojawia się pierwszy problem, bo mam wrażenie, że w ostatnich dwóch sezonach twórcy po części próbowali poprawiać jego wizerunek. Wiadomo, że przy trzeciej i czwartej części widzimy Berlina tylko we wspomnieniach i to w większości z perspektywy Profesora i Palermo, dla których był on osobą znacznie bliższą niż dla reszty bohaterów i dla nas samych. Jednak nagle pojawia się historia miłosna, ideologia za jego zachowaniem oraz zwyczajnie urocze momenty między braćmi czy przyjaciółmi. Nie do końca było to wszystko potrzebne, bo nasze zdanie o Berlinie zostało już ustalone. Wiemy, że był psychopatą, który wyznawał zasadę „cel uświęca środki” i nie miał zahamowań, by otrzymać to, czego chciał. Wszystko to wiemy, ale jednocześnie mu wybaczyliśmy, bo raz czy dwa pokazał serce oraz ostatecznie się poświęcił. Nienawidzimy go trochę mniej, dotrzegamy jego inteligencję i spryt, co nie zmienia faktu, że nadal jest psychopatą. Czarującym, ale psychopatą. Na tym etapie powinna skończyć się jego historia. Jeśli twórcy chcą tworzyć dalsze sezony, to powinni działać z tym, co im zostało.

la casa de papel, dom z papieru, berlin, profesor

Co jednak dostajemy w nowych sezonach? Nostalgiczną przejażdżkę ku wielkości Berlina, ale żeby nie było za miło, to wrzucane są też sceny typu kastracja widelcem, bo nie możemy zapomnieć, że to nadal psychol. Twórcy jakby sami stwierdzili, że ich najmocniejszy punkt serialu zniknął, ale może nadal da się z niego coś wyciągnąć. Dlatego też znaczna część sezonu składa się z retrospekcji, które, prawdę mówiąc, nie mają większego celu poza dojeniem wizerunku Berlina, póki jeszcze się da. Nie wiem, co jest bardziej irytujące: fakt, że to robią, czy to, że myślą, że tego typu zagranie jest jedynym wyjściem, jeśli chcą kontynuować historię. 

Nie oszukujmy się, napad bez Berlina nie ma większego sensu, stąd nieustanna walka o władzę wśród bohaterów, którzy sami dobrze wiedzą, że nie ma wystarczająco dobrego zastępstwa. Dostajemy Palermo, który zaślepiony wizją swojej niespełnionej miłości myśli, że w jakiś sposób jest mu w stanie dorównać. Wszyscy wiemy, że tak nie jest.

Gore ponad fabułą

Napady bywają brutalne, akcja byłaby też nudna, gdyby ktoś nie zginął albo nie został w jakiś sposób poszkodowany. W pierwszych dwóch sezonach tego typu zagrania były rozłożone po równo. Napięta akcja była przerywana spokojnymi momentami, tak żeby widz miał szansę odetchnąć i naprawdę wczuć się w klimat. Jednak zwłaszcza w czwartym sezonie zadziało się coś niedobrego. W ramach zażegnania powtarzalności akcji i zwyczajnej nudy twórcy postawili na masakrę. Tutaj już nawet nie chodzi o zbyt intensywne momenty, a całe odcinki wręcz, gdzie mamy wybuchy, tortury, próbę powieszenia kogoś i porwania dziejące się jedno po drugim, bez chwili przerwy. Cały wątek z Gandią to jedna wielka rzeź, która ma za zadanie wyłącznie podkręcenie emocji, przez co serial zupełnie traci swój urok.

la casa de papel, dom z papieru, gandia, nairobi

To samo tyczy się Denvera, który w pewnym momencie postanowił porzucić dotychczasowy rozwój i postawić na starą, dobrze mu znaną agresję. Chociaż widok spranego na kwaśne jabłko Arturito na pewno był satysfakcjonujący dla sporej liczby widzów, tak podczas tej całej sceny nie mogłam przestać zastanawiać się, dlaczego i po co to komu było. Cała ta przemoc i nagła brutalność kłóci się zupełnie z filozofią poprzednich sezonów, gdzie Profesor przecież chciał być pacyfistą. Nagle nie ma nic przeciwko mordowaniu ludzi, którzy chcą zaszkodzić jego planowi.

Od bohaterów do zbrodniarzy

Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy napad nie miał być tylko sposobem na wzbogacenie się, a niósł za sobą jakąś ideę przeciwko rządowi? Ja też już nie. Wiadomo, że filozofia w tej produkcji nigdy nie była pogłębiona na takim poziomie, który rzeczywiście by coś wniosił do naszego życia. Mimo wszystko tam była i istniała, przynajmniej przy pierwszym napadzie. W końcu mamy tam tyle symboliki, jeśli chodzi o ruch oporu, że w którymś momencie uwierzyliśmy w ich dobre intencje. Wszystko miało znaczenie, od maski i czerwonego kostiumu, które same w sobie są motywem buntu przeciwko systemowi, po wspólne śpiewanie partyzanckiej piosenki „Bella ciao” – znanej w Hiszpanii jako utwór ruchu oporu. 

To nie miałoby znaczenia, gdyby Profesor nie narzucił pacyfistycznego podejścia. Zabronił przemocy i zabijania niewinnych ludzi, a ich napad miał się zakończyć bez żadnych ofiar w ludziach. To pomogło nam w odbiorze bohaterów nie jako złoczyńców i złodziei, a właśnie po części wyzwozicieli cierpiącego ludu. Ich działania nie zawsze były nieskazitelne, ale byliśmy w stanie im to wybaczyć, bo kierowali się konkretną ideą. W wielu sytuacjach widzieliśmy w nich dobrych i troskliwych ludzi, którzy nie byli żądni tylko bogactwa. Poznaliśmy każdego z bohaterów i mieliśmy okazję zobaczyć ich wrażliwą stronę oraz poznać ich motywy do tego stopnia, że kibicowaliśmy im w tym napadzie. Ci dobrzy zawsze muszą wygrać, prawda?

la casa de papel, denver, dom z papieru

Jednak zaczyna się drugi napad, o wiele bardziej brutalny, zarówno od strony bohaterów, jak i ścigających ich władz. Wszystko się sypie, każdy do siebie strzela, tym razem żeby się unicestwić. Palermo jest po części odpowiedzialny za śmierć koleżanki, Tokio i Rio wysadzają pojazdy pełne ludzi, Denver maltretuje do nieprzytomności Arturito, a wszyscy są napędzani żądzą zemsty. Nowa odsłona „La casa de papel” szkodzi wszystkim, nie tylko samemu serialowi, ale też bohaterom, którzy z antybohaterów zmieniają się po prostu w zbrodniarzy. Nagle zastanawiamy się, komu powinniśmy kibicować. Czy z przyzwyczajenia zostać przy boahterach, których znamy? W końcu opozycja jest jeszcze gorsza niż członkowie napadu.

Pojście za memem

Gdyby 2020 rok był człowiekiem, to miałby twarz Arturo.

Gdyby koronawirus był człowiekiem, to miałby twarz Arturo.

Jeśli pójdziesz do piekła, to na wejściu powita cię Arturo.

Wszystkie te memy widzieliście, prawda? Arturito już podczas pierwszego sezonu wygrał plebiscyt na najbardziej znienawidzoną postać we wszystkich serialach, jakie dotychczas powstały. Nie ma drugiej tak irytującej gnidy jak on. Wszyscy się z tym zgadzamy. Twórcy też, aż za bardzo. Dlatego postanowili iść tym tropem dalej, wręcz do przesady. Wcześniej widzieliśmy, jak Arturo wykazuje się skrajną głupotą, manipuluje ludźmi i sabotuje plany podczas napadu tak, że zagraża życiu wszystkim w mennicy. Jednak jakoś z tego wychodzi i robi z siebie bohatera. Obecnie jednak ta najbardziej znienawidzona postać to cały syf, jaki można było zrzucić na jednego bohatera, żeby przy okazji dodać trochę shock value. Nagle z obleśnego typa robi się gwałciciel, który odurza kobiety, żeby je obmacywać. Prowokuje Denvera, żeby stracił panowanie tylko po to, by udowodnić swoją rację i skłócić go z Monicą. 

la casa de papel, dom z papieru, arturito

Postać, która wcześniej tylko gotowała nam krew w żyłach, teraz jest po prostu największym obrzydliwcem, co wcale nie było potrzebne, żebyśmy go nadal nienawidzili. Jednak jego nowa odsłona wpasowuje się do zwiększonej brutalności w serialu, na którą już narzekałam. 

Co jeszcze gorsze: tym razem mamy aż trzy postacie, które musimy nienawidzić. Do Arturo dołącza Gandia i Alicia Sierra. Cała trójka bez oporu rujnuje plany bohaterów i zmusza ich do czynów, do których wcześniej by się nie posunęli. 

Czy znowu im wybaczymy?

Od samego początku widzieliśmy błędy i luki w tej produkcji. Wiele aspektów też nam przeszkadzało i na nie narzekaliśmy. Jednak jakoś przymykaliśmy na to wszystko oko i oglądaliśmy dalej z większą lub mniejszą przyjemnością dla naszych ulubionych bohaterów i dreszczyku emocji. Tylko czy nadal będziemy chcieli wybaczać twórcom, kiedy z każdym nowym sezonem zabierają nam to, co pierwotnie uwielbialiśmy i w zamian dają nam coś zupełnie sprzecznego? „La casa de papel” straciło ducha wspólnoty i obraca postacie przeciwko nam samym do tego stopnia, że coraz trudniej im kibicować. Kolejny sezon raczej nie obiecuje poprawy i można jedynie liczyć na chociaż odrobinę satysfakcjonujące zakończenie tej historii.

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Recenzje






Artykuły

Seriale podobne do „La casa de papel”

„A Team”/ „Drużyna A” (1983-1987) W latach 80. był to jeden z najpopularniejszych seriali w USA bijący rekordy oglądalności. Opowiadał on o czwórce przyjaciół, …