Artykuły

Kiedyś, za dzieciaka, wpadł mi w ręce tomik opowiadań Artura Conana Doyle'a o słynnym detektywie Sherlocku Holmesie. Przeczytałem, nawet z ciekawością, ale bez wielkiej fascynacji. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to jedna z postaci, którą popkultura już wtedy przerobiła i będzie przerabiać na tyle sposobów. I że swoją interpretację opowieści o Holmesie stworzą też Amerykanie. I że ta właśnie, czyli „Elementary”, stanie się jednym z moich ulubionych seriali.

Sherlock jest bardzo wdzięcznym obiektem dla popkultury z tego samego powodu co wiedźmin Geralt. Jest to postać słabo zdefiniowana, trochę tajemnicza, nakreślona zaledwie paroma pociągnięciami fabularnego pędzla: Anglik z krwi i kości, raczej samotnik i raczej stroniący od kobiet (ale to nie jest takie pewne), inteligentny tak, że brakuje skali w Mensie i przez to w ucieczce od nudy niecofający się przed niczym (narkotykami na przykład), głównie jednak zabijający tę nudę przez rozwiązywanie spraw kryminalnych, więc właściwie od swojego detektywistycznego talentu uzależniony. Wygląd Holmesa także nie jest dokładnie opisany.

To daje twórcom filmów i seriali dużą dowolność w interpretowaniu i przetwarzaniu postaci detektywa. Może on być jak w filmowym „Sherlocku Holmesie” Robertem Downeyem Juniorem, awanturnikiem i kobieciarzem, trochę gwiazdą rocka sprzed półtora wieku, a trochę klonem Bonda z przeszłości, który w równej mierze co na dedukcji (a może bardziej) opiera się na popisach kaskaderskiej zwinności, szaleńczej odwadze i nieograniczonej fantazji. Może być aroganckim, pompatycznym Benedictem Cumberbatchem, który z każdą kolejną serią moffatowego „Sherlocka Holmesa” nakręconego dla BBC coraz bardziej przypomina Supermana albo ukochanego przez Moffata Doktora, który wydaje się wiedzieć wszystko i który chyba musi podróżować w czasie i przestrzeni, żeby być zdolnym do niektórych swoich działań.

Elementary, Sherlock, serial, amerykański Sherlock

Albo może być, jak w amerykańskim „Elementary”, neurotycznym, zagubionym w Nowym Jorku mężczyzną (ale ciągle niepewnym chłopcem w głębi duszy), któremu musi w życiu pomóc specjalny doradca i kompan ds. trzeźwości.

Zmiany, zmiany

Aktor, którego Amerykanie wybrali do odgrywania roli Holmesa, tak bardzo odbiega od standardowych wyobrażeń o słynnym detektywie, że wielu fanów nie jest w stanie zaakceptować tej serii, tak bardzo łamie ona kanon. Jonny Lee Miller jest niski, nieładny, neurotyczny, a jego sposób odgrywania Holmesa to stworzenie postaci ze wszech miar przy pierwszym kontakcie impertynenckiej i irytującej. To duża różnica w stosunku do wytwornego, wysokiego dżentelmena z oryginału czy nawet niepozbawionych klasy i czaru postaci Cumberbatcha i Downeya Jr.

Amerykanie postawili nie na bezrefleksyjne powtarzanie czy nawet przetwarzanie motywów z powieści, ale nakręcili swoisty cover, biorąc pod uwagę różnice kulturowe i postęp w czasie. Różnice w nim się mnożą, ale wychodzi mu to na zdrowie. Holmesa z „Elementary” od Holmesa z właściwie każdej innej wersji już na początku – oprócz powierzchowności – odróżnia to, że spotykamy go na kompletnym życiowym dnie. Holmes właśnie wyszedł z głębokiego uzależnienia od twardych narkotyków i próbuje pozostać „czysty”. Jego bogaty i wpływowy ojciec zatrudnia do pomocy dawną lekarkę, teraz pracującą jako towarzyszka/konsultantka/psycholog (w angielskiej wersji nazywa się to stanowisko sober companion, czyli towarzyszem trzeźwości) osób, które zerwały z nałogiem i próbują do niego nie wrócić. Joan zamieszka z tobą, zaopiekuje się, dostarczy podstawowej pomocy medycznej, ale będzie też radą i przyganą starała się wpłynąć na to, żebyś do nałogu nie wrócił.

Elementary, Sherlock, serial, amerykański Sherlock, Watson, Joan Watson, Sherlock Holmes

Joan. Joan Watson. Tak, czyta się to (w amerykańskiej wersji angielskiego) tak samo jak John Watson. Watson tego Holmesa to Azjatka. I to jest największy atut serialu. Ani Downey Jr. z Judem Law, ani Cumberbatch z Martinem Freemanem nie stworzyli tak ciekawej dynamiki jak Jonny Lee Miller i Lucy Liu z „Elementary”.

Joan, w przeciwieństwie do innych Watsonów, nie jest od początku zafascynowana swoim towarzyszem. Jeśli już, to jest zirytowana jego niesubordynacją, oślim uporem, impertynencją. Jej podziw dla inteligencji podopiecznego rośnie w miarę, jak odkrywa w sobie samej zdolności detektywistyczne. Twórcy mają bardzo dużo czasu, żeby zbudować tę relację, bo aż pięć serii po 24 odcinki, i korzystają z niego w pełni. Watson i Holmes mają więc swoje różnice, spory, tarcia, ale też rodzące się mimochodem partnerstwo. W żadnym z innych Holmesów nie było go czuć tak bardzo. A relacje partnerskie pozwalają najlepiej zbudować i rozwinąć główne postacie.

I jeszcze więcej zmian, aż do dobrego proceduralu

W „Elementary” pojawia się cała gama innych oryginałów, którzy w jakiś sposób współpracują z Holmesem. Jest więc kolektyw hakerów znany jako Everyone, który w zamian za pomoc, wymaga od Holmesa zamiast zapłaty samoupakarzających zachowań. W jednym z odcinków Watson spotyka więc Sherlocka, jak ten stoi na dużym placu pełnym ludzi z kartką zachęcającą przechodniów, by go uderzyli w ramię, a w innym musi on napisać i wygłosić na lokalnym konwencie przekonujący odczyt, dlaczego w „Twilight” Bella powinna wybrać Jacoba a nie Edwarda.

Elementary, serial, Sherlock, Sherlock Holmes, Joan Watson, Watson, amerykański Sherlock

Takich ciekawych epizodycznych postaci jest wiele, ale najciekawsze momenty tworzą się wokół dobrze znanych nam „głównych” postaci. Nie mogę opisywać tutaj dokładnie całych wątków, bo musiałbym zespoilerować najważniejsze wydarzenia z serii, ale bardzo ciekawie przetworzone zostały postacie Irene Adler, Moriarty'ego (ta zmiana podobała mi się chyba najbardziej, ale nie googlujcie jej, bo zdradzicie sobie najciekawszy plot twist), Mycrofta (brata) Holmesa i Morlanda (ojca) Holmesa. Historia związana z każdą z nich tworzy osnowę kolejnej serii. Jednocześnie serial pozostaje w miarę klasycznym proceduralem. I to mi chyba odpowiada w nim najbardziej. Jak dotąd powstało 120 odcinków, nie da się tego binge-watchować, nie czekają na mnie na końcu każdego sezonu (ani nawet większości odcinków!) irytujące cliffhangery. Mogę w spokoju usiąść i obejrzeć jeden albo trzy albo nawet siedem odcinków z rzędu i pozostawić serię w spokoju na parę dni lub tygodni, a potem do niej wrócić. I taką niezobowiązującą, inteligentną rozrywkę bardzo sobie cenię.

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Elementary

Sherlock Holmes przeprowadza się do Nowego Jorku, gdzie poznaje dr Joan Watson – terapeutkę, która pomaga mu dojść do siebie po ciężkim odwyku narkotykowym. Mężczyzna …