Artykuły

W ramach serii, którą rozpoczęliśmy jeszcze w 2017 roku, obiecaliśmy wam recenzje poszczególnych sezonów „Doctor Who”, począwszy od tej z 2005 roku. Jeśli nie wiecie o czym mowa, odsyłamy do pierwszego tekstu z cyklu Niebieska Budka Telefoniczna (link pod artykułem), wyjaśniającego fenomen tego serialu. Dzisiaj realizujemy obietnicę – recenzją Ewy i krótką polemiką Mateusza pod koniec tekstu.

Recenzja Ewy Zielińskiej:

Kiedy „Doctor Who” powrócił na mały ekran po 16 latach przerwy w emisji, pierwszy sezon przedstawiający nam Dziewiątego Doktora (Christopher Eccleston) nie zapisał się w świadomości fanów zbyt pozytywnie. Niejednokrotnie spotkacie się w odmętach Internetu ze stwierdzeniem, że spokojnie możecie zacząć oglądanie od ery Tennanta, czyli serii drugiej. Ja również zabierając się za Doktora usłyszałam, że Dziewiątego trzeba przeboleć, ale od Dziesiątego jest już super. I początkowo wydawało mi się to sensowne – drugą serię oglądało się jakoś tak lepiej. Po upływie czasu i kolejnych rewatchach zmieniłam jednak zdanie. I zamierzam was przekonać, że warto dać Ecclestonowi szansę.

Doctor who?

Pierwsze zetknięcie z „Doctor Who” po latach (a dla wielu pierwsze w ogóle) było niczym z taniego kina grozy. Rose Tyler – młoda ekspedientka – zostaje zaatakowana w piwnicy sklepu przez ożywające manekiny. Z opresji ratuje ją tajemniczy mężczyzna, przedstawiający się jako Doktor. W taki sposób rozpoczęła się pierwsza przygoda Dziewiątego Doktora i jego towarzyszki.

doctor who, series 1, sezon 1, bbc, dziewiąty doktor, ninth doctor, christopher eccleston, rose tyler, billie piper, recenzja, niebieska budka telefoniczna

W kolejnych odcinkach stopniowo dostawaliśmy kolejne informacje o tajemniczym mężczyźnie z Niebieskiej Budki, przybliżające nieco jego charakter i cel, nie zdradzające jednak nigdy wszystkiego. To intrygowało i zachęcało do wracania do kolejnych odcinków. Cały sezon spinał również wątek Złego Wilka – uważni widzowie niemal w każdym odcinku mogli natknąć się na napisane lub wypowiadane słowa „Bad Wolf”, których znaczenie wyjaśniono dopiero w finale serii. Dzięki temu poszczególne przygody w pojedynczych epizodach połączyły się na koniec w spójną całość i wstęp do kolejnego sezonu.

Główne postacie w tej serii „Doctor Who” nie należą do moich ulubionych, chociaż niewiele mam im do zarzucenia. Dziewiąty Doktor jest niezły – wzbudza sympatię, intryguje, jest dobrze zagrany, ale brakuje mu czegoś, co dodałoby mu niepowtarzalnego charakteru, jak kolejnym inkarnacjom bohatera. Rose również się początkowo nie wyróżnia, zdecydowanie wolę ją w duecie z Dziesiątym Doktorem. Mickey i Jackie przez większość serii głównie drażnią. Jasnym światełkiem jest za to Jack Harkness – postać, która pojawia się jeszcze później kilkukrotnie, a nawet doczekała się spin-offu. 

Are you my mummy?

Chociaż Dziewiąty Doktor nie plasuje się zbyt wysoko na mojej liście ulubionych wcieleń tej postaci, to jednak pierwsza seria zapadła mi mocno w pamięci, a to za sprawą kilku wyjątkowych odcinków. Najlepiej wspominam (i wielokrotnie do nich wracam) epizody „The Empty Child” oraz „The Doctor Dances”, przy których dostać można gęsiej skórki, a na koniec się wzruszyć, bo opowiadały piękną, chociaż straszną historię. Świetnie wypadł również „The End of the World”, w którym po raz pierwszy mogliśmy poznać różnorodność ras we whoniversum. Na wyróżnienie zasługuje też „Father’s Day” – epizod co prawda zrealizowany nie najlepiej, ale za to ciekawie wyjaśniający kwestie konsekwencji zmieniania przeszłości oraz mechanizmów samonaprawiania się czasu. Finał za to zaserwował nam pierwszą w nowych seriach regenerację Doktora – debiut Tennanta w tej roli był niezapomnianym momentem.

doctor who, series 1, sezon 1, bbc, the empty child, recenzja, niebieska budka telefoniczna

Epizody pierwszego sezonu wprowadziły widzów całkiem nieźle w charakter i różnorodność całego serialu – mamy tu historie przygodowe, z dreszczykiem, kryminalne i obyczajowe. W większości przypadków w każdym odcinku wręcz przenikają się różne gatunki. 

Poziom tego sezonu był jednak niezbyt równy – pomiędzy wspomnianymi już świetnymi epizodami, trafiały się też nieco gorsze, jak te ze Slitheenami („Aliens of London”, „World War Three”, „Boom Town”). Niezbyt lotny poziom żartów, kiepskie efekty i niezbyt wciągająca historia sprawiły, że nie są to opowieści do których chętnie się wraca. Nie udało im się jednak zepsuć wrażeń z całej serii.

Klasycznie i kiczowato

Wizualnie i dźwiękowo pierwszy sezon „Doctor Who” wypadał raczej przeciętnie, a nawet kiczowato. Szczególnie teraz, po 13 latach od emisji. Trzeba jednak przyznać, że w dniu premiery było widać spory przeskok jakościowy od ostatniej klasycznej serii serialu, nawet jeśli jak na swoje czasy efekty nie powalały.

Lekko rozedrgane ujęcia, jakość obrazu niczym z pospolitej domowej kamery, wybijająca się i nieco przesadzona muzyka – dla wielu seriali to byłyby gwoździe do trumny. W „Doctor Who” – serialu, który zaczynał w czasach praktycznych, prostych efektów – to jednak miało swój urok. Chociaż niektórzy kosmici potrafili mocno rozbawić swoim wyglądem, to inne efekty do dzisiaj się nie zestarzały – można to powiedzieć chociażby o tych z odcinków „The End of the World”, „The Doctor Dances” oraz „Dalek”.

doctor who, series 1, sezon 1, bbc, dziewiąty doktor, ninth doctor, christopher eccleston, rose tyler, billie piper, recenzja, niebieska budka telefoniczna

Pomimo niedociągnięć realizacyjnych w pierwszej serii „Doctor Who”, serial od początku okazał się niezwykle klimatyczny, wciągający i ponadczasowy. Nieustannie powiększa się też rzesza jego fanów. Nic w tym dziwnego – poziom kolejnych sezonów utrzymywał się lub wzrastał, dostarczając widzom ciągle nowych wrażeń.

Pojedyncze sezony „Doctor Who” stanowią często odrębne historie i trafiają w gusta różnych odbiorców. A jednak mimo tego, że każda inkarnacja Doktora inicjowała nową erę serialu, warto, szczególnie po latach, wrócić do wszystkich odcinków, zagłębić się w niuanse historii whoniversum i dać się porwać bohaterowi, który skradł serca wielu widzów na całym świecie. Dajcie szansę Dziewiątemu Doktorowi i jego niejednokrotnie poruszającym przygodom.

Polemika Mateusza Myślickiego:

Kiedyś, kiedy byłem świeżo po kilku seriach „Doctor Who” i starałem się przekonać każdego, kogo uważałem za odpowiedni materiał, do oglądania tej serii, spotkałem pewnego Niemca. Doktorant studiów humanistycznych, był zafascynowany grami komputerowymi, literaturą fantastyczną i popkulturą (czyli był idealnym targetem); powiedział mi, że owszem, o dziele słyszał i nawet próbował je oglądać od pierwszej serii (czyli od Dziewiątego Doktora), ale nie był w stanie przez nią przebrnąć i fenomenu nie rozumie.

Rozmowa, którą odbyliśmy, właściwie podsumowuje, dlaczego serii o Dziewiątym Doktorze należy unikać, przynajmniej na początku. Serial ma już i tak wysoki próg wejścia. Trzeba wziąć na wiarę wiele rzeczy i przyzwyczaić się do mieszaniny konwencji i stylów, trzeba przyjąć, że główna postać jest nieśmiertelna i wszechpotężna, trzeba zaakceptować wiele rozwiązań rodem z peryferiów popkultury. Jeśli do tego dodamy problemy, o których zresztą Ewa wspomina, to dostajemy danie bez odpowiedniego przygotowania, po prostu niestrawne.

doctor who, series 1, sezon 1, bbc, the end of the world, lady cassandra, zoe wanamaker, face of boe, twarz z Boe, recenzja, niebieska budka telefoniczna

Efekty specjalne i scenografia po prostu śmieszą. Ale w taki krępujący sposób. Twórcy dosłownie porywają się z motyką na słońce, kiedy np. w drugim odcinku serii Doktor trafia na koniec świata (dosłownie, do czasów, kiedy Słońce ma zaraz zakończyć swój żywot), a grupa bogatych dekadentów obserwuje to wydarzenie z pokładu specjalnie przygotowanego statku kosmicznego. Taki odcinek zasługuje na ogromny rozmach, a scenografia i efekty specjalne są raczej rodem z imprezy urodzinowej zafascynowanego power rangersami 6-latka (zdjęcie powyżej pochodzi z tego odcinka, możecie sami się przekonać).

Pomysły scenariuszowe też nie zawsze są udane, a często po prostu niezbalansowane. Obok wspomnianego końca (naszego) świata Doktor zajmuje się czasem sprawami błahymi. Często też scenariusze mają dziury, co nie zdarza się późniejszym seriom zbyt często. No i wspomiany Ecclestone nie przekonuje jako Doktor, a między nim i Rose brakuje chemii. Są to niedociągniecia tak duże w porównaniu do kolejnych odsłon, że szkoda ryzykować zniechęcenie. Lepiej zacząć od serii drugiej lub piątej, dać się przekonać rozmachowi geniuszu Stevena Moffata i potem, ewentualnie, kiedy głód na opowieści o Doktorze będzie bardzo doskwierał, wrócić do pierwszej serii.

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Doctor Who

Rose Tyler pracuje w domu towarowym w Londynie. Prowadzi monotonne, przeciętne życie, do momentu, w którym manekiny sklepowe próbują ją zabić. Ratuje ją nieznajomy, …


Artykuły