1
Artykuły

„Battlestar Galactica” (2004-2009) to serial, który notorycznie zajmuje czołowe miejsca we wszelakich anglosaskich rankingach najwybitniejszych i najważniejszych seriali XXI wieku. Cóż takiego było w tej space operze, że w czasach, gdy świat nie znał jeszcze ani „Game of Thrones”, ani „The Walking Dead”, znaczeniem i zasięgiem wybiła się poza niszę, jaką stanowi fantastyka? W jaki sposób opowieść o resztce ludzkości, przemierzającej kosmos w ucieczce przed unicestwieniem z rąk stworzonych przez siebie istot trafiła do mas? Warto po latach przyjrzeć się fenomenowi tego, chyba nie do końca u nas docenianego, serialu.

Czas

O sukcesie dzieła niejednokrotnie, obok walorów artystycznych, decyduje stopień, w jakim oddaje ono ducha swoich czasów. Czy film taki jak „Top Gun” mógł powstać kiedykolwiek indziej niż w latach 80.? I czyż nie oddaje on doskonale ducha tamtej dekady? Czy „Matrix” Wachowskich byłby takim samym sukcesem i objawieniem, gdyby wszedł do kin w innym terminie niż wtedy, gdy ludzkość zaznajamiała się z internetem i wisiało nad nią groźne widmo millenijnej pluskwy, która –  przypomnijmy – miała wraz z nadejściem 2000 roku doprowadzić do katastrofalnego w skutkach chaosu poprzez m.in. wyłączenie wielu ważnych komputerów? Podobnych przykładów jest wiele i seriale nie stanowią w tym względzie wyjątku. Weźmy taki „Breaking Bad”, który – wstyd przyznać – dopiero teraz nadrabiam. Pierwszy sezon miał premierę w 2008 roku, w niemalże szczytowym momencie największej od lat recesji. A „The Handmaid’s Tale” dziś, w dobie akcji #MeToo i oskarżeń o molestowanie rzucanych wobec kolejnych mężczyzn ze świata filmu, czyż nie jest na czasie? Przykłady takie można mnożyć i z pewnością jednym z nich jest również „Battlestar Galactica”.

Battlestar Galactica, recenzja, serial, SciFi

Gdy w grudniu 2003 roku stacja SciFi Universal emitowała będący pilotem nowej wersji „Battlestar Galactiki” miniserial, USA były w stanie wojny z terroryzmem. Amerykański widz oglądający w telewizji cyloński atak na Capricę i pozostałe jedenaście kolonii musiał mieć gdzieś z tyłu głowy obrazki z 11 września 2001 roku. To także przyszło znienacka. Pearl Harbor było traumą dla Amerykanów, ale to jednak były Hawaje, tysiące kilometrów od zachodniego wybrzeża. Nikt wcześniej nie ugodził w nich tak otwarcie, tym bardziej w sercu Ameryki, jakim niewątpliwie jest Nowy Jork. Nie wątpię zatem, że śledząc odyseję niedobitków ludzkości poszukujących mitycznej trzynastej kolonii, odnajdywali w nich siebie. Że patrząc na ocalałych z zagłady, podobnie jak oni zadawali sobie pytanie: „czym sobie na to zasłużyliśmy?”. Że serialowa prezydent Roslin – która przecież popełniała błędy – była prezydentem, jakiego chcieliby mieć, gdy w rzeczywistości za sterami mieli George'a W. Busha. Że dowodzący tytułową Galacticą, admirał Adama, który potrafił stawiać siłę ponad prawem, a w którego szlachetne pobudki nie sposób było mimo wszystko wątpić, stawał przed podobnymi dylematami co dowódcy amerykańskich wojsk w Afganistanie i Iraku. Że niejedna przedstawiona w serialu sytuacja była odzwierciedleniem politycznej rzeczywistości Stanów Zjednoczonych z początku wieku. Nie ma wątpliwości, że twórcy nowej „Battlestar Galactiki” wstrzelili się w swój czas. Ale to tylko jedna z przyczyn jej niesamowitego sukcesu.

Zmiany

Oryginalna seria z 1978 roku powstała na fali ogromnej popularności „Star Wars” (można rzec: nowej nadziei), co zresztą było przyczyną pozwu o plagiat i naruszenie praw autorskich złożonego przez wytwórnię, która wyprodukowała film George’a Lucasa. Choć oryginalnym zamysłem twórców były trzy filmy telewizyjne, bardzo szybko projekt przekształcił się w serial. Mimo początkowo sporej oglądalności telewizja ABC skasowała tytuł wiosną 1979 roku. Decyzja o zdjęciu serialu wywołała protesty jego fanów (była nawet powodem samobójstwa pewnego nastolatka z Minnesoty, który na tę wieść skoczył z mostu). Na skutek ich listowej kampanii stacja zdecydowała o nakręceniu kontynuacji. „Galactica 1980” nie okazała się jednak serialem na miarę marzeń fanów. Z oryginalnej obsady pozostały jednostki, a opowiadana historia nie przypadła widzom do gustu. Po zaledwie dziesięciu odcinkach zdjęto serial z anteny.

Ronald D. Moore, twórca nowej wersji serialu, nie mierzył się zatem z jakąś wielką legendą. Mógł dość swobodnie korzystać ze spuścizny oryginału, wprowadzając do remake’u swoje zmiany, które w większości okazały się strzałami w dziesiątkę. Moore nadał swojej wersji zdecydowanie bardziej poważny ton, nie bał się dotykać tak drażliwych tematów, jak polityka czy religia, nie sugerując jednocześnie prostych odpowiedzi na stawiane przez siebie pytania.

Battlestar Galactica, recezja, serial

Fabularnie największą zmianą było pochodzenie Cylonów: w oryginale były to roboty stworzone przez dawno wymarły, obcy gatunek, od którego wzięły swoją nazwę, tymczasem u Moore'a są oni dziełem człowieka, przeciw któremu ostatecznie powstali. Jest to co prawda motyw znany gatunkowi od co najmniej 200 lat, gdy Mary Shelley napisała swojego „Frankensteina”, ale tutaj zostaje on wykorzystany w naprawdę oryginalny sposób. Cyloni osiągnęli możliwość przybierania formy ludzkiej, co stanowi kolejną kluczową zmianę. Od samego początku jesteśmy informowani przez czołówkę serialu o istnieniu dwunastu wersji ludzkich Cylonów i ich niezliczonych kopii. Tymczasem na początku znany nam jest zaledwie jeden, dopiero później kilka innych. Próby odkrycia kolejnych ludzkich Cylonów stanowią jedną z sił napędowych fabuły. Myli się jednak ten, kto myśli, że fizyczna ludzka postać to wszystko, na co je stać. To nie Terminatory, które zawsze ślepo dążyły do ściśle określonego celu. Cylonom też o coś chodzi, szybko odkrywamy, że to nie bezrozumni mordercy. Dodatkowo, jako istoty, których istnienie jest dziełem kreacji, zdają się wyznawać jednego Boga i jego wolą motywować swoje czyny, co w starciu z politeizmem wyznawanym przez ludzi stanowi kolejny ważny motyw serialu. Wprowadzenie postaci prezydent Laury Roslin pozwala z kolei na ogranie motywu starcia władzy cywilnej z władzą wojskową w sytuacjach wyjątkowych. Nie sposób w tym miejscu wymienić wszystkich zmian, wszystkich nowych postaci i wątków wprowadzonych do nowej wersji przez Ronalda D. Moore'a, bo w zasadzie startując z tego samego punktu co oryginał, napisał tę opowieść zupełnie na nowo. 

Niezastąpiona obsada

O jednym wszakże wspomnieć należy. W oryginale porucznik Starbuck był postacią męską, graną przez niezapomnianego Buźkę z „The A-Team”, Dirka Benedicta. Moore to zmienił, co stanowi jedną z jego najlepszych decyzji podczas tworzenia remake’u. Kara „Starbuck” Thrace jest nie tylko jedną z najciekawszych postaci w historii tak serialowego, jak i kinowego science fiction, ale i wzorcowo wręcz napisaną postacią kobiecą. Jest najlepszym pilotem we flocie, jest porywcza, drapieżna, nieustraszona i waleczna, jest też niesamowicie seksowna, nie stroni od używek i uciech cielesnych, a jednocześnie jest i wrażliwa, delikatna oraz krucha. Bywa naprzemiennie drapieżnikiem i ofiarą, nosi w sobie niejedną tajemnicę. Nie bez znaczenia jest tu też casting, bo wcielająca się w nią Katee Sackhoff, o której w zasadzie ciężko powiedzieć, byśmy pamiętali ją z jakiejś innej roli, doskonale odgrywa te wszystkie niuanse. Jest to o tyle istotne, że mimo iż „Battlestar Galactica” w zasadzie nie ma głównego bohatera, Starbuck to postać kluczowa.

„Battlestar Galactica” pozostała wolna od postaci z papieru. Nie wszystkie są udane (choćby nieszczęsna porucznik Dualla), ale żadna nie jest ani kryształowo czysta, ani zła do cna. Nawet taki Gaius Baltar, którego małość i żądze doprowadziły do hekatomby, człowiek słaby i tchórzliwy, jest postacią zdecydowanie bardziej złożoną. W starciu z nim zarówno prezydent Roslin, jak i admirał Adama to mężowie stanu i im kibicujemy, ale zdarzają się momenty, w których moralna racja jest po stronie Baltara. Drugi po Adamie na Galactice, Saul Tigh, może wydawać się zapijaczonym łotrem, ale niejednokrotnie, gdy trzeba, robi co należy. Nie ma tu nikogo jednoznacznego etycznie, sytuacje ekstremalne stawiają bohaterów w obliczu wyborów, przy których nie sposób utrzymać moralny kompas. Słowa uznania należą się obsadzie, bo zwyczajnie staje na wysokości zadania. Gwiazdami produkcji byli Edward James Olmos i Mary McDonell, którym dokooptowano całkiem pokaźną grupę uznanych aktorów serialowych (plus zjawiskową Tricię Helfer). Aktorsko „Battlestar Galactica” broni się wyśmienicie. 

Last, but not least – kosmos. Twórcy serialu nigdy nie pozwolili widzowi odczuć nierzadkiej w telewizyjnym science fiction taniości. Galactica wyglądała jak należy, kosmiczne walki z Cylonami były świetnie nakręcone, strona wizualna serialu prezentowała się nad wyraz godnie. Oczywiście nie ma tu mowy o poziomie hollywoodzkich blockbusterów z niebotycznymi budżetami, ale jak na produkcję telewizyjną było naprawdę dobrze. Nawet dziś, po upływie niemal dekady od emisji ostatniego odcinka, ogląda się to wszystko bez uczucia zażenowania. 

To trzeba zobaczyć

Ronald D. Moore stworzył znakomity serial. Na przestrzeni czterech długich sezonów trafiło się kilka słabszych odcinków i kilka ewidentnych wypełniaczy, ale ciężko powiedzieć, by tytuł zaliczył jakąś dłuższą obniżkę lotów. Oczywiście zakończenie podzieliło fanów, których spory trwają w zasadzie do dzisiaj, ale przecież z zasady nikt nie kłóci się o rzeczy nieistotne, prawda? Twórca serialu opowiedział tę historię na nowo, tu i ówdzie nawiązując do oryginału (odtwórca roli Apollo w wersji z 1978 roku, zmarły w zeszłym roku Richard Hatch, tutaj występuje w innej, ale również dość znaczącej roli; kilkukrotnie na ekranie pojawiają się Cyloni w wersji z pierwowzoru). Serial trafił w swój czas tematycznie, dotykał ważnych zagadnień, pod płaszczem rozrywki przenosił bardziej istotne treści, był w końcu świetnie zagrany i nakręcony. Dodatkowo pojawił się w momencie, w którym w zasadzie nie miał w swojej kategorii żadnej konkurencji (rok wcześniej, po kilkunastu odcinkach, stacja FOX skasowała Firefly). „Battlestar Galactica” stanowi jedno ze szczytowych osiągnięć telewizyjnego science fiction, do tej pory będąc punktem odniesienia dla każdej nowej space opery. W Polsce nigdy nie trafiła do świadomości przeciętnego widza, aczkolwiek nie jest bynajmniej w tej materii żadnym wyjątkiem. Zachęcam do zapoznania się z tym tytułem. Zapewniam że tych, którzy nie mieli dotychczas okazji, czeka niesamowita przygoda. Całość dostępna jest obecnie na platformie Showmax. Warto. 

Komentarze

(1)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Ewa Zielińska
    Ewa Zielińska
    @Hander

    Dosłownie kilka dni temu zaczęłam oglądać. Póki co mam trochę mieszane odczucia, głównie w kwestii sposób kręcenia i montażu, ale zapowiada się bardzo dobrze.

Powiązane

Seriale

Battlestar Galactica

Kiedy na świecie pojawiły się piersze Cylony (rodzaj inteligentnych maszyn) ludzie pękali z dumy i cieszyli się z rozwoju technicznego. Wszystko skomplikowało się …