Artykuły

Netflixowa „Anne with an E” jest dość luźną adaptacją powieści Lucy Maud Montgomery „Ania z Zielonego Wzgórza”. Autorka oprócz tej książki (najbardziej popularnej, która jest także lekturą szkolną) napisała cały cykl opowiadający o Ani Shirley – od jej dzieciństwa, spędzonego u rodzeństwa Cuthbertów, aż po dorosłość, żeby nie powiedzieć dojrzałość (w ostatnich tomach Ania przeżywa śmierć jednego z swoich synów, który ginie podczas I wojny światowej). Serial Netflixa wprowadził zamieszanie, mimo tego, że dopiero została zrealizowana część wątków z „Ani z Zielonego Wzgórza”, można by rzec, że jest wręcz kontrowersyjny, zwłaszcza wśród fanów książki czy starszej ekranizacji z Megan Follows. Moim zdaniem jednak pierwszy sezon „Anne with an E” nie jest zły. Jest po prostu inny.

Kulisy powstawania książki

Do zrozumienia różnic między serialem a samą książką oraz niechęci niektórych fanów, niezbędny jest kontekst – a mianowicie ważne jest to, jak powstawał sam pierwowzór. Książka została wydana w roku 1908, kiedy autorka miała 34 lata – a sama „Ania...” zawiera w sobie wątki autobiograficzne. Lucy Maud Montgomery opisuje tutaj dzieciństwo i wczesną młodość głównej bohaterki, przypadającą na lata 70. i 80. XIX wieku. Powieść była skierowana do młodych dziewcząt, okraszona była sporą ilością humoru, ironii, a przy tym opowiadała w pogodny i ciepły sposób o dorastaniu. Warto jednak zaznaczyć, że czasy, w których pisała Lucy Maud Montgomery, raczej nie sprzyjały temu, aby opisywać dokładnie całe kulisy dojrzewania, a w szczególności jego fizyczne aspekty. W późniejszych tomach nie znajdziemy także wiele szczegółów na temat ciąż. Po prostu Ania oraz jej przyjaciółki wychodziły za mąż i naturalną koleją rzeczy było pojawienie się dziecka. Wiele wątków jest dość przestarzałych i raczej ciężko byłoby zrobić współczesną adaptację tej książki, jak choćby w przypadku „Sherlocka”. Mimo to cykl o Ani wciąż ma swoje wierne czytelniczki. Być może dlatego, że sentymentalnie opisuje świat, którego już dawno nie ma?

Mały szok

Najbardziej znaną i popularną adaptacją „Ani z Zielonego Wzgórza” jest film z Megan Follows z 1985 roku. Obecnie jest on uważany wręcz za klasykę; pamiętam, że oglądaliśmy go na lekcjach języka polskiego w szkole podstawowej. Po latach, tuż po premierze „Anne with an E”, postanowiłam wrócić do tego filmu, a przynajmniej fragmentami. Uderzyło mnie to, jak bardzo wspomnienia odbiegają od faktycznych wydarzeń z książki – nie dość, że sporo rzeczy zostało pominiętych, to najbardziej groteskowo wyglądali aktorzy, którzy byli już starszymi nastolatkami lub nawet ludźmi około 20-letnimi, a tymczasem grali oni po prostu dzieci. Dlaczego wspominam o tej ekranizacji? Dlatego, że „Anne with an E” spotkało się z dużą krytyką i oburzeniem zwłaszcza wśród fanów filmu. Serialowi Netflixa zarzucano m.in. brak zgodności z oryginałem – jednak trzeba przyznać, że klasyczny film z Megan Follows również nie był tak do końca wierny książce. W istocie, „Anne with an E” nie jest ekranizacją powieści Lucy Maud Montgomery. Ale nigdy nie miał nią być. Już po trailerze spodziewałam się czegoś zupełnie innego, a część zarzutów fanów filmu była wręcz absurdalna, kiedy spojrzymy na oryginalną powieść.

Co by było, gdyby…

Osobiście niekoniecznie jestem zwolenniczką wiernych ekranizacji, uważam, że powinny one dodawać od siebie coś jeszcze, ale jednocześnie wpasować się w klimat całości. Długo się zastanawiałam, skąd wynikają tak naprawdę rozwiązania w serialu Netflixa – w końcu doszłam do wniosku, że twórcy postanowili chyba zmierzyć się z pytaniem „Co by było, gdyby Anię ktoś napisał współcześnie?”. Cała akcja jak najbardziej toczy się w XIX wieku, ale chyba po raz pierwszy faktycznie zdecydowano się na dziecięcych aktorów. Część widzów narzekała, że Ania grana przez Amybeth McNulty jest brzydka – ale właśnie w książce została tak opisana! Mała, chuda, rudowłosa dziewczynka. Na początkowych kartach powieści autorka nigdzie nie opisywała, że Ania była pięknością. Ale szczególnie kontrowersyjne są sceny, które dotyczą fizycznego dorastania (scenka, w której Ania dostaje pierwszą miesiączkę) czy pewne odniesienia lub aluzje do seksu, a także rozmowy Ani z koleżankami – niektóre wyglądały tak, jakby ktoś rozmowy współczesnych nastolatek przeniósł na realia XIX wieku.

Rozumiem, że to mogło się nie spodobać części widzów, którzy byli raczej przyzwyczajeni do tego, że nikt na początku XX wieku nie ośmieliłby się pisać wprost o takich sprawach jak okres (ba, nawet dzisiaj trochę z tym ciężko, widać, że jest to jeszcze tabu). Część zmiany wątków była jednak bardzo dobra, np. bardzo mi się podobały sceny z Marylą, która zapoznaje się z ideałami sufrażystek – tego w książce nie uświadczymy, ale jednak jest to utrzymane w duchu klasycznej „Ani...”. Cudowna była sama Ania (przy okazji podziwiam talent młodej Amybeth, mam nadzieję, że nie zaprzepaści tego potencjału), która wprost buntowała się i mówiła o tym, że dziewczynki nie są w niczym gorsze od chłopców. Wielkim plusem było dla mnie wprowadzenie dodatkowej postaci, jaką był Jerry, który pomagał w gospodarstwie – sądziłam, że będzie on raczej postacią epizodyczną, ale z czasem bardzo go polubiłam. I wreszcie Diana Barry, która nie jest tłem dla głównej bohaterki, a przyjaciółką z prawdziwego zdarzenia, która pomaga Ani w zaklimatyzowaniu się w Avonlea. Jedynie nie podoba mi się zmiana relacji między Anią a Gilbertem – o ile w oryginale powód tego, że główna bohaterka nie znosiła kolegi z klasy był bardzo prozaiczny, tak w serialu było to raczej ujęte tak, jakby Ania właściwie nie chciała się z nim kłócić, ale musiała się dopasować do pewnych konwenansów obowiązujących w szkole i w Avonlea. Wiem też, że niektórym nie podobały się scenki dramatyczne, zwłaszcza retrospekcje. O ile w książce było to przedstawione w pogodny, ciepły sposób (mimo że z opowieści Ani wynika, że jej dzieciństwo nie należało do najlepszych, ale postanowiła uciec w świat wyobraźni i iść dalej), tak w „Anne with an E” mam wrażenie, że czasem główna bohaterka ma jakieś objawy zespołu stresu pourazowego – a same scenki z jej przeszłości nie należą do słodkich.

Podsumowanie

„Anne with an E” nigdy nie miało być wierną ekranizacją powieści – i zdziwiłabym się, gdyby Netflix nam coś takiego zaserwował, nie dodając nic od siebie. Jeśli chcecie obejrzeć coś bardziej zbliżonego do książki Lucy Maud Montgomery, to mogę polecić serię anime „Akage no Anne” z 1979 roku. Serial ma 50 odcinków, ale przy tym jest dokładną i naprawdę dobrą ekranizacją powieści (do tej pory mnie zachwyca, jak subtelnie pokazano zmiany bohaterki, także te fizyczne). Produkcja Netflixa jest natomiast moim zdaniem innym spojrzeniem na klasyczną książkę dla młodzieży z początku XX wieku. I sądzę, że należy brać to pod uwagę, zanim zacznie się oglądać. Jeszcze nie widziałam sezonu drugiego, ale sądzę, że jeśli utrzyma się poziomem, to obejrzę go jednym tchem. Moim zdaniem zmiany serialowe są bardzo pozytywne i wcale nie sprawiają, że książka przy nich blednie.

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Anne with an E

Życie rudowłosej sieroty imieniem Ania zmienia się, gdy przypadkowo trafia na Zielone Wzgórze, gdzie mieszka rodzeństwo Cuthbert.